Troszkę obrazkowo

Troszkę obrazkowo

Ostatnie zmagania

Tak to zaniedbałem się w prowadzeniu mojego bloga. Ostatnie dwa miesiące nie należały dla mnie do najłatwiejszych. Pora sucha, aż do dzisiaj dawała się wszystkim we znaki. Słońce dosłownie paliło, a wiatrak w moim pokoju bił jedynie gorącym powietrzem z rozgrzanej blachy dachu. Po takim dniu człowiek jest padnięty i myśli, co zrobić, aby chociaż na chwilkę zasnąć. Tak to wpadłem na genialny sposób, aby pościel zamaczać w wodzie i łóżko postawić pod wiatrakiem. Oczywiście pościel była sucha po 15 minutach, ale chwila wytchnienia była, co dało mi szansę na zaśnięcie. Więc polecam, sprawdza się 😉

Te ostatnie dwa miesiące były dla mnie wyjątkowe, ponieważ byłem sam na misji. Obowiązków dużo, a nie było, z kim się nimi podzielić. Tak to kaplice, katechiści, grupy parafialne, projekty stały się jeszcze bardziej częścią mojego życia, którym poświęcałem każdą minutę. Jak już może pisałem wcześniej misja jest bardzo wymagająca – czasami mam do rozwiązania problem za problemem, bójki, wyzwiska, konflikty, biedni, głodni, to nam ktoś z dzieci z nożem przyszedł na spotkanie i groził innemu, drugiemu zwracam uwagę, a ten także i mi zaczyna grozić; (mam w głowie zawsze jednego z naszych ojców, który pracuje w Południowym Sudanie, który z uśmiechem mówi: „ten rok był wyjątkowo spokojny, pobito mnie tylko dwa razy”) – no ja jeszcze takich sytuacji nie miałem. Tak to miałem spotkanie za spotkaniem, aby nasza parafia stawała się coraz lepsza. Co prawda jeszcze nam daleko, ale pierwsze owoce są.

Ostatnie wizyty

Miesiąc temu pojechałem odwiedzić nasze kaplice, te najbardziej oddalone od Yirol. Anuol i Mageng są oddalone o 2 godziny jazdy samochodem, jednak można do nich się dostać tylko podczas pory suchej. Ponad 6 miesięcy ludzie są odcięci od świata, w tym szkoły.

Aby troszkę pomóc tym szkołom, dzięki pomocy organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie udało mi się zakupić żywność i troszkę im pomóc. Obecnie w Anuol jest ponad 300 uczniów, a w Mageng ponad 100. Dwa tygodnie temu udało mi się je odwiedzić i naprawdę miło jest zobaczyć jak dzieci z uśmiechem na twarzy czekają w kolejce na swoją porcję. Obecnie zaczynają się dwa najtrudniejsze miesiące – tj. miesiące głodu.

Jednak oprócz standardowej wizyty w kaplicy i szkole postanowiłem, że chcę odwiedzić „obóz dla bydła” (cattle camp). Jest to jedno z miejsc, które według mnie jest miejscem opuszczonym i miejscem, które najbardziej przynosi konflikty. Zawsze takie odwiedziny są ryzykowne, ponieważ w każdej chwili obóz może być zaatakowany. Kradzieże bydła są codziennością, przy czym giną ludzie.

Rozmyślając nad tym, co jest najważniejsze w naszym życiu, zaciekawiło mnie zachowanie ludzi po moim przyjeździe. Porobiłem kilka zdjęć w obozie, potem poszedłem na zewnątrz i usiadłem pod drzewem. W pewnym momencie zaczęli podchodzić do mnie mężczyźni, każdy prowadząc ze sobą dorodnego byka. Wszyscy chcieli zdjęcie. Po chwili ustawiła się taka kolejka, że dwie godziny stałem i robiłem zdjęcia.

Obóz jest ogromny. Setki krów, ludzie, całe rodziny koczujące naokoło obozu. Młodzież z karabinami pilnujący obozu i patrolujący teren. Ludzie nie umieją czytać ani pisać, przemieszczają się razem z krowami z jednego pastwiska na kolejne – w poszukiwaniu wody i trawy. Oddają całe swoje dzieciństwo, czas i życie dla krów. Większość tych ludzi to, co zna w swoim życiu są tylko krowy i obóz. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie kolejna noc. Tydzień po mojej wizycie obóz, w którym byłem został zaatakowany, jednak nie wiem ile krów zostało skradzionych i ile ludzi zginęło.

Msza w Szkołach

Po moim powrocie rozpoczęliśmy przygotowania do Mszy, które chcieliśmy odprawić w naszych trzech szkołach podstawowych. Tydzień wcześniej odprawiliśmy Mszę w Szpitalu, gdzie dołączyły do nas kościoły protestanckie z ich chórami i liderami (Pentecostal-Zielonoświątkowy i ECS). Podczas Mszy, chóry śpiewały na zmianę, a my mogliśmy poczuć jedność w modlitwie za tych, którzy cierpią i potrzebują naszej modlitwy.

Szkoły przygotowały się wzorowo. Byłem zaskoczony jak nauczyciele utrzymali te małe przeszkadzajki w spokoju – w szkole, która liczy 1.300 uczniów. Eucharystia była dla nas okazją, aby zaprosić dzieci i młodzież na katechumenat (kurs przygotowujący do chrztu) i do naszych grup, jak chór czy alleluja dancers.

Był to dla nas mały sukces, ponieważ po Mszach w szkole, udało nam się stworzyć 4 grupy alleluja dancers i jeden dodatkowy chór. Więcej dzieci, więcej pracy z nimi, ale to na chwałę Pana Boga. W czasie świąt przyniosły nam wszystkim bardzo dużo radości.

Święta Wielkanocne

Święta Wielkanocne były dla nas bardzo wyjątkowe. Wszystkie nasze grupy parafialne starały się przygotować najlepiej jak potrafią. Codzienne próby, przygotowania, tańce i śpiewy. Było to wyjątkowe Triduum, ponieważ pierwszy raz w wielki czwartek i piątek uczestniczyły nasze grupy – wcześniej kościół świecił pustkami.

Wielka Sobota przyciągnęła większe tłumy. Zawsze Msza w nocy jest dla ludzi atrakcyjna. Dla mnie była to wyjątkowa Msza, ponieważ miałem dodatkowo 33 chrzty. Niedziela Wielkanocna zgromadziła jeszcze większe tłumy, wraz z gubernatorem na czele. Kościół stał się za mały. Nasza Szkółka Niedzielna zgromadziła ponad 300 dzieci.

Świętowanie naszych grup

W poniedziałek nie obyło się bez zabaw, tańców i jedzenia. Dzieci musiały poczuć, że jest święto, że mogą przyjść, pobawić się, spędzić miło czas i porządnie zjeść. Było przeciąganie liny (aż lina pękła), było picie napojów gazowanych na czas, tańce wokół krzeseł w rytm muzyki itp.

Święta, święta i po świętach

Obecnie próbuje utworzyć pewną strukturę Parafii, wraz z opisem prac, które powinny wykonywać każda z grup – rozpoczynając od Rady Parafialnej, Sprawiedliwość i pokój do naszych grup młodzieżowych, dziecięcych, Szkółki Niedzielnej i Planu Pastoralnego. Jest to duży projekt, który powinien pomóc wszystkim naszym grupom współpracować lepiej unikając niepotrzebnych konfliktów.

 

Pora deszczowa rozpoczęta

Od kilku dni zaczęliśmy porę deszczową. Już kilka razy popadało i zrobiło się dużo lepiej. Ludzie zaczynają teraz myśleć o swoich polach. Jedni dni spędzają z haczką w ręku inni używają byków i pługa. To, co ludzie naokoło sadzą to orzeszki ziemne, milet (rodzaj kaszy) i sorgo.

Tak to pozdrawiam Was wszystkich serdecznie. Powoli się szykuję do wyjazdu do Polski na 2 miesięczne wakacje. Wylot Dżuba-Warszawa 1 lipiec.

Bezpieczny kąt

Bezpieczny kąt

Po chwili mała główka wyłoniła się spoza moich drzwi. Małe, czarne oczka spoglądały na mnie, przyglądając się i czekając na moją reakcję. Spojrzałem na niego z uśmiechem, witając się; ku dual, rzekłem. Chłopiec dalej spoglądał na mnie nic nie odpowiadając. Nie jest mi on obcy, jest to syn naszego stróża. Jednak zawsze przychodził w odwiedziny ze starszą siostrą albo bratem, teraz przyszedł w odwiedziny sam. Tak to i ja nie zwracałem na niego uwagi kontynuując moją pracę. Byłem przekonany, że sobie pójdzie, bo przeważnie się mnie bał.

Jednak chłopiec małymi kroczkami przeszedł przez mój pokój i wczołgał się na łóżko. Posiedział na nim chwilę, cały czas mając wzrok utkwiony na mnie. Po chwili przeszedł na drugą stronę i zsunął się za łóżko na podłogę znajdując się prawie pod nim. Pomyślałem, no ładnie, teraz mu się zachciało bawić w chowanego.

Po chwili zaglądam pod łóżko, aby zobaczyć, co on tam robi. Leży skulony na cemencie i dalej patrzy się na mnie. Dziwny ten chłopiec pomyślałem, co mu przyszło do głowy, żeby leżeć za łóżkiem. Jednak jak najbardziej mi nie przeszkadzał. Obym nie zapomniał o nim i nie zamknął go w pokoju wychodząc, pomyślałem.

Po piętnastu minutach słyszę, że śpi. Może materac był niewygodny, że wolał spać na cemencie. Może szukał bezpieczne miejsce, gdzie by mógł się przespać. Może przyszedł, aby się schować przed dokuczliwymi kolegami. Któż to wie.

Po chwili zjawiła się siostra z bratem pytając o ich barata. Jak im pokazałem gdzie śpi, wybuchnęli śmiechem.

Drzwi do mojego pokoju są prawie zawsze otwarte. W pokoiku 5×7 metrów jest biuro, czasami dzieciaki sobie robią plac zabaw albo oglądają filmy, to przyjdą katechiści, czasami posiedzą ze mną młodzi albo ministranci. Oczywiście jak ktoś ma tylko jakiś problem to gdzie mają iść – do Krzyśka. Jestem głodny, nie mam butów, nie mam mydła, aby wyprać sobie ubranie, nie mogę iść do szkoły, bo nie mam pieniędzy, moja rodzina ma problemy, potrzebuję zeszyt czy długopis – to tylko niektóre z potrzeb.

Kilka dni temu przyszła do mnie Nyakim, dopiero co jej mleczaki wypadły, popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się, postała przez chwilę przy moim biurku i się położyła na materacu, kaszlała i była cała rozpalona.

Oczywiście, kto chory to też do Krzyśka – muszę zaopatrzyć się teraz w dobra apteczkę. Jednak są i tacy, którzy przybiegną z zeszytem, aby się pochwalić, co się dzisiaj nauczyli w szkole i że nauczyciel napisał im w zeszycie v. good. Niektórzy w odwiedziny przyjeżdżają nawet własnym samochodem.

Chyba każdy, a tym bardziej dziecko pragnie być bezpieczne, pragnie mieć miejsce gdzie czuje się wysłuchane czy kogoś, kto okaże im dobroć i pomoc. Tutaj w Yirol słyszymy wiele razy; Krzysiek, ty jesteś naszym ojcem, do kogo mamy iść, ty zawszy nas przyjmiesz i wysłuchasz.

Nie jest łatwo patrzeć na cierpienie ludzi – kiedy są głodni, kiedy chorzy leżą pod drzewem bo nie stać ich na lekarstwa, kiedy dzieciom odbierane jest dzieciństwo bo muszą pracować, kiedy kręcą się bez celu bo ich nie stać na szkołę. Nie możemy być tylko sługami Boga i zapomnieć o tych, którzy nas otaczają. Nie na wszystkie potrzeby i problemy możemy znaleźć odpowiedź, nie wszystkim możemy pomóc. Jednak na ile tylko się da możemy każdego wysłuchać i wspomóc dobrym słowem czy modlitwą. Ludzie jednak nie przychodzą tylko z samego Yirol. Nasza parafia to teren 4.700km², na którym żyją tysiące ludzi w potrzebie, którzy chcą się z nami spotkać. Tutaj nie można mówić o dniach czy godzinach przyjmowania ludzi. Przychodzą, kiedy mogą i pragną być przyjęci, czy to poniedziałek, czy niedziela czy ósma rano, czy dziewiętnasta. Potrzeba wiele cierpliwości, zrozumienia i otwartości, aby za każdym razem, każdego przyjąć z miłością otwartością i uśmiechem.

Co do tej pory się u nas wydarzyło:

– mięliśmy spotkanie w Dżubie, wszystkich Misjonarzy Kombonianów pracujących w Południowym Sudanie, po nim spotkanie młodych kombonianów i kombonianek,

– rozpoczęliśmy nowy rok szkolny, rejestracja uczniów w szkołach i pierwsze lekcje,

– mięliśmy kurs dla kandydatów na katechistę,

– mięliśmy trzy dniowy kurs dla katechistów w Panakar i Matbar,

– rozpoczęliśmy katechumenat dla kandydatów do chrztu, pierwszej komunii i bierzmowania,

– wykonaliśmy szereg studni na terenie naszej parafii dzięki pomocy Mary’s Meal, Jackowi i jego rodzinie i ks. Henrykowi z Ciechocinka,

– i oczywiście rozpoczęliśmy Wielki Post.

A u nas wakacje

Rozpoczęły się wakacje i w Yirolu ucichło. Szkoły podstawowe i średnie miały dwa tygodnie na egzaminy, a po nich rozpoczęły się wakacje, które potrwają do lutego. W naszych trzech szkołach dzieci otrzymają świadectwa 14 grudnia. Zaś nasze przedszkole prowadzone przez siostry już mogą się cieszyć codzienną zabawą i wolnym czasem – koniec szkoły.

Dla naszego przedszkola był to szczególny czas ponieważ po trzech latach istnienia przedszkola, przeżywaliśmy pierwszą graduację naszego przedszkola. Po trzech latach nauki nasze dzieciaki są gotowe, aby podjąć naukę w szkole podstawowej.

Gratulacje.

Nie dla wszystkich święta

Na początku przyjmijcie ode mnie najszczersze życzenia Bożonarodzeniowe. Dla nas wszystkich jest to czas nadziei i radości, ponieważ to właśnie dzieciątko Jezus jest tym, który daje nam nadzieję na lepsze jutro, o które proszą także ludzie Południowego Sudanu. Poprzez Jego przyjście na świat już nie jesteśmy sami. To On dodaje odwagi i przypomina nam, że przyszedł do NAS, dla NAS i aby być z NAMI. Pragnie tylko abyśmy, Go przyjęli, do naszych domów, rodzin i serc. Bądźcie dzielni i odważni w trwaniu przy Nim tak jak to zrobili pasterze; przybyli, zobaczyli, uwierzyli i zaczęli głosić.

Ponieważ niedawno były moje urodziny, dziękuję Wam Wszystkim za dobre słowo, życzenia, modlitwę. Było ich duuużo, co umocniło mnie i ponownie uświadomiło, że pomimo ciężkiej u nas sytuacji, Wy wspomagacie mnie zawsze swoją modlitwą – to dodaje siły.

 

U nas zajęć dużo, przygotowania, spotkania; jednak udało mi się znaleźć trochę czasu, aby napisać do was kilka słów.

Jeżeli mówimy adwent, to od razu przychodzi nam na myśl Boże Narodzenie. Jest to prawie tak jak powiedzieć dzieciom grudzień, a oni od razu, Mikołaj. Każdy z nas jednak wie, że koniec roku przynosi nam wiele radości, czy to z otrzymywanych prezentów czy to z narodzenia Jezusa, czy to z Sylwestra i całonocnej zabawy.

Dla nas jednak i dla naszej parafii najważniejsze jest Boże Narodzenie, które i tutaj staje się szczególnym czasem. Nawet jak Mikołaja nikt tutaj nie zna, to i tak ludzie starają się coś kupić swoim pociechom, najczęściej są to ubrania na Boże Narodzenie. Bogatsi kupią kozę, a biedniejsi zajmą się łapaniem chociażby dorodnego koguta na święta.

Już jutro będziemy obchodzić tą szczególną noc Bożego Narodzenia, Pasterka o 22.00 (niestety nie o północy ze względów bezpieczeństwa). Właśnie zaczynamy sprzątanie naokoło kościoła, a siostra Immakulate zajmie się dekoracjami w kościele. Dla naszego chóru i ministrantów nie jest to najlepszy czas, ponieważ trwają wakacje i większość porozjeżdżała się do wiosek (do domów).

Postanowiłem, że podtrzymam tradycję, polską i tą z Old Fangak i poodwiedzam rodziny, co powinno nas zbliżyć do ludzi, a i tym samym poznam warunki, w jakich mieszkają, kulturę i sytuacje rodzinne.

Jeden dzień poświęciłem na odwiedziny chorych w szpitalu, gdzie spotkałem się z tymi, co cierpią czy nawet umierają, aby tylko przynieść im dobre słowo na te święta, nadzieję i to, że o nich pamiętamy. Ludzie przyjęli mnie bardzo życzliwie. Chodziłem od oddziału do oddziału i mówiłem im: lekarzem nie jestem i leków nie mam, ale co wam dam to moje błogosławieństwo, i każdy dostanie po lizaku. Tego dnia rozdałem 200 lizaków, dając każdemu czas, aby opisał mi swoją dolegliwość, opowiedział mi o swojej rodzinie, jak się nazywa i skąd jest. Zawsze te osoby były bliskie Panu Jezusowi, które cierpią – tego dnia myślałem, dlaczego i ja nie mam tej mocy uzdrowienia. Niektóre dzieci to tylko skóra i kości, inne opuchnięte, kolejne pod kroplówką, następnie ludzie starsi, mężczyźni, niektórzy z urazami, dalej kobiety z dziećmi po porodzie albo te, które oczekują na poród. W pewnej chwili ktoś stał się niecierpliwy złapał mnie za rękę i poprowadził do swojej chorej żony, pobłogosław jej, powiedział. Inni zaczęli i mnie błogosławić okazując wdzięczność, że do nich przyszedłem. Był to naprawdę piękny dzień.

I tutaj chciałbym się podzielić z wami sytuacją naszego szpitala. Pośród chorych dzieci znajduje się dziewięcioletnia dziewczynka, córka naszego stróża. Została ona zawieziona do szpitala w sobotę. Kolejnego dnia zobaczoną ją, nie zrobiono żadnych testów i zaczęli ją leczyć na tyfus. Brat Jacek jednak nie wierzył w to zbytnio i zadzwonił po pielęgniarkę cuamm (Doctors with Africa), włoszkę, aby sprawdziła czy została dobrze zdiagnozowana. Okazało się, po testach, że ma malarię i dostała anemię. W niedzielę zaczęli szukać dawcę krwi. Tak to i ja trafiłem do szpitala, ponieważ mam grupę 0+, czyli taką trochę uniwersalną, po kilku telefonach znaleźli identyczną grupę krwi taką jak ta dziewczynka, czyli stałem się nieprzydatny.

We wtorek rano udałem się na wizytę. Dziewczynka ledwo się ruszała, nikogo przy niej nie było. Jej ojciec poszedł do wioski po żonę, aby się nią opiekowała. Dostała paracetamol, podałem jej wodę i od razu wszystko zwymiotowała. Zadzwoniłem po Pinuccię, pracownika cuamm, aby na nią zerknęła. Podaną jej kroplówkę i okazało się, że nikt jej nie dał dwóch dawek leku przeciwko malarii. Dzisiaj mamy środę, dziewczynka dalej słaba, nic nie je, skóra i kości, anemia i odwodnienie. Na szczęście dzisiaj jest już z nią dobrze i wrócił jej uśmiech na twarzy. Te święta spędzi z rodziną, a nie w szpitalu.

Kilka tygodni temu, pojechałem do wioski Kowic, jednak postanowiłem, że ostatnie 2 km się przejdę odwiedzając po drodze domostwa. Po drodze spotkałem kolejne małe dziecko, jej czoło prawie parzyło. Leżała pod drzewem, ledwo się ruszała. Rodzina siedziała obok. Dlaczego nie weźmiecie jej do szpitala, zapytałem. Po co, odpowiedzieli, tam jej nic nie dadzą, tylko paracetamol, a na leki nie mamy pieniędzy.

Tak to można opisywać sytuacje naszego szpitala w Yirol. Ludzie już nie chcą przychodzić do szpitala, wolą czekać aż samo przejdzie, albo aż odejdą z tego świata. Wiele osób nie ufa nikomu w szpitalu, nie ma żadnej opieki. Gdzie więc leży problem? Jak to zmienić?

Za prowadzenie szpitala odpowiedzialne jest NGO, cuamm. Jest tutaj lekarz, chirurg, kilku pracowników z innych krajów. Bardzo dobrzy ludzie, z którymi spotykamy się, co sobotę na pogawędkę. Problemem są lokalni pracownicy szpitala. Córka naszego stróża nie dostała leków, ponieważ odpowiedzialny tego dnia był pijany, lokalny chirurg prawie zawsze jest pijany, lekarstwa są rozkradane i sprzedawane lokalnym aptekom. Ludzie idą z receptą po anty malaryczne leki, a tam im mówią, skończyło się, idź i zakup leki w aptece. Innym razem zostaną podane pacjentom mniejsze dawki, albo ich w ogóle nie dadzą i je sprzedadzą na rynku. Największym jednak problemem jest minister zdrowia. Wszystkie skargi cuamm na tego rodzaju pracowników i złodziei są odrzucane. Zmuszają cuamm do trzymania ich w szpitalu udając, że nic się nie dzieje.

Sytuacja jest bardzo zła, ludzie zamiast iść do szpitala wolą umierać pod drzewem. Leki są bardzo drogie, a przecież te antymalaryczne powinny być refundowane, prawie za darmo. Tworzą się kolejki do lekarza, 300 osób dziennie, gdzie większość dostanie paracetamol.

Rozpocząłem święta Bożego Narodzenia, ale chyba wiem już, za co będę się modlił. Proszę Was wszystkich abyście i wy przyłączyli się do mnie. Wiem, że dzięki wspólnym modlitwom, sytuacja naszego szpitala się poprawi.

Kolejnego dnia poszedłem z modlitwą do ośrodka dla trędowatych i chorych na gruźlicę. Ludzi nie było dużo, ponieważ ostatnio nie dostarczono im żywności. Niektórzy wychudzeni, bez palców, niewidomi. Była to piękna modlitwa. Zgromadziliśmy wszystkich w jednym miejscu, razem z personelem. Na pewno oprócz błogosławieństwa otrzymali nie tylko lizaka, ale i radość z naszego spotkania. Następnie odwdzięczyli się uśmiechem na twarzy, który był dla mnie największą zapłatą.

Mamy wszystkich kaplic 30, udało mi się odwiedzić kilka miejsc, jednak wydaje mi się, że niewiele zrobiłem w tym ogromie potrzeb i wielkości parafii. Wierzę jednak, że w ciągu roku uda mi się po trochu dążyć do przodu, będąc obecnym także tam, gdzie nie udało mi się dojechać. Każda kaplica by chciała, aby ktoś do nich przyjechał, jednak jest to niemożliwe.

 

Z ostatniego miesiąca

Finał piłki nożnej i siatkowej – Puchar Comboniego

Podczas ostatnich tygodni wszystkie szkoły rywalizowały ze sobą, aby dowieść, która jest najlepsza w piłce nożnej i siatkowej. Zawody były podzielone między szkoły podstawowe i średnie, piłka nożna między chłopakami i piłka siatkowa między dziewczętami.

Przyszedł czas na wielkie finały, które zakończyły całą rywalizację i wyłoniły zwycięzcę otrzymując Puchar Comboniego.  W piłce siatkowej Szkoła Podstawowa św. Krzyża pokonała Szkołę Podstawową Dziewcząt. W piłce nożnej Szkoła Podstawowa św. Krzyża pokonała Szkołę Podstawową Nadzieja – 1:0.

Kolejnego dnia nadszedł finał szkół średnich. Tak to w piłce siatkowej Szkoła średnia Standard pokonała Szkołę Średnią Panakar. W piłce nożnej Szkoła Średnia Yirol Academy pokonała Szkołę średnią Panakar. Szanse były tak wyrównane, że o rezultacie musiały rozstrzygnąć karne.

Puchar Comboniego jest jedną z inicjatyw Misjonarzy Kombonianów. Ma ono na celu zgromadzenie szkół razem w duchu rywalizacji, budowanie relacji, jedności. Jet to także lekcja gdzie młodzi ludzie uczą się respektu i budują pokój między sobą. Jest to zawsze nie łatwe wyzwanie w miejscu gdzie panuje przemoc, a bójki są czymś normalnym.

Jednak efekty pracy są widoczne. Nasze zawody zakończyły się bez żadnego incydentu, młodzi umieli się cieszyć i umieli przyjąć porażkę. Mogliśmy odczuć obecność św. Daniela Comboniego, który nad wszystkim czuwał. To właśnie on przyjechał do Afryki, jako jeden z pierwszych misjonarzy głosząc wolność, pokój i zbawienie a my chcemy kontynuować jego dzieło.

Inauguracja Kaplicy i Szkoły podstawowej w Matbar

Wioska Matbar jest oddalona ok 30km od Yirol i znajduje się między ludnością Atuot. Kombonianie od dłuższego czasu starają się, aby rozwinąć ten teren. Zostały wybudowane cztery klasy, studnia i kaplica. Dzięki temu okoliczna ludność zaczęła napływać do wioski, a dzieci zaczęły uczęszczać do szkoły.

Tydzień temu nasz katechista John i ludność zorganizowali oficjalną inaugurację. Była to także okazja, aby lokalne władze wyraziły swoją wdzięczność misjonarzom za pracę włożoną w ten region. Choć na zaproszeniu było napisane, „czas przyjazdu 8.30 rano” udało mi się dotrzeć o 10.30 myśląc, że jestem spóźniony. Okazało się jednak, że przyjechałem dużo za wcześnie. Główni goście zjawili się o 16.00, po czym zaczęliśmy modlitwę i poświęcenie kaplicy. Następnie przenieśliśmy się na plac przed szkołą, gdzie odbyły się przemówienia zaproszonych gości i lokalnej ludności. Późnym wieczorem podano nam posiłek, którego zabraknąć nie może przy takich okazjach. Krowa została zabita, więc trzeba było ją zjeść. Oczywiście po zmroku odbyło się party i tańce.

Modlitwa o pokój zjednoczonych kościołów chrześcijańskich Yirol

Już od kilku lat kościoły jednoczą się na wspólnej modlitwie o pokój. Oczywiście oprócz modlitw, Konsylium Kościołów Południowego Sudanu organizuje warsztaty, spotkania, modlitwy o uzdrowienie, uzdrowienie relacji i promocję kobiet.

W Yirol modlitwy odbywają się raz w miesiącu, gromadząc wiernych z różnych kościołów katolickich i protestanckich, aby razem trwać na modlitwie. Ostatnio podjęliśmy decyzję, aby modlitwę poprowadzić na głównym placu w Yirol.

Jest to ważny dla ludzi czas, w kraju gdzie pomimo pokojowych spotkań i podpisanych deklaracji wciąż trwa przemoc. Jest to dla nas czas, podczas którego wspólnymi siłami, zjednoczeni, spotykamy się w jednym celu – na modlitwie o pokój.

Pierwsze chrzty w parafii Yirol

Tak to rozpoczęliśmy miesiąc listopad, podczas którego odwiedzamy kaplice, sprawdzamy wiedzę naszych katechumenów i organizujemy niedziele ze chrztem. Moja pierwsza kaplica gdzie ochrzciłem 27 dzieci, zaś dziesięcioro przyjęło pierwszą komunię to Wunthou. Potrzeba niecałą godzinkę, aby przedzierając się samochodem przez busz dotrzeć na miejsce. Jest to miejsce wciąż rozwijające się. Szkoła podstawowa posiada dwie klasy kryte blachą i pokój nauczycielski. Reszta klas uczy się pod drzewem. Miejsce to nie posiada jeszcze kaplicy, a ludzie modlą się w jednej z rozpadających się klas, która jest kryta strzechą.

Każdą z kaplic staram się odwiedzić przynajmniej trzy razy. Raz, aby poznać miejsce i dowiedzieć się, co robią katechiści, drugi to egzamin dla katechumenów i trzeci to chrzest i komunia. Ponieważ kaplice znajdują się przy szkołach to i katechizacja znajduje się w szkole. Tak to głównymi kandydatami do chrztu i sakramentów są uczniowie. Wciąż brakuje mi lokalnej ludności i zadaje sobie pytanie jak do nich dotrzeć, aby nasze niedzielne msze nie były zapełnione tylko szkolnymi dziećmi. Katechizacja też nie idzie za dobrze po kilku miesiącach nauki, dzieci mają problem ze zrobieniem znaku krzyża czy zapamiętaniem Ojcze Nasz. W samym Wunthou przedstawiono mi 50 kandydatów do chrztu, lecz ponad połowa nie zna podstaw i musi bardziej się przygotować. Jest to nie tylko wina dzieci, ale głównie katechistów, którzy nie są przygotowani do pracy i po prostu nie uczą. Praca i formacja byłaby dużo łatwiejsza gdyby katechiści byli na miejscu – jednak są to młodzi ludzie, którzy często zmieniają miejsce i co rok trzeba szukać nowe osoby, które by prowadziły katechizację. Dodatkowo na chwilę obecną na całą parafie i pracę pastoralną jest o. Joseph, wieloletni misjonarz, który ledwo się porusza i ja. Ostatnio całe dnie spędzam w terenie odwiedzając kaplice i katechumenów, do tego trzeba dodać wszystkie grupy parafialne jak młodzież, grupa tancerzy, ministranci, sprawiedliwość i pokój, rada parafialna, powołaniówka i spotkania z ludźmi. Już niebawem muszę się wybrać na odwiedziny najdalszych kaplic, gdzie spędzę 3-4 dni.

Proszę was o modlitwę, aby Pan Bóg dodawał mi sił na każdy dzień. Już z pierwszej malarii szybko mnie wyleczył, a teraz nie mam czasu na choroby – grafik jest już pełen.