Z Dżuby do Old Fangak

imgp1256 imgp1260

imgp1234 imgp1248

Dzień przed wylotem otrzymałem emaila od o. Christiana, który jest w Old Fangak, że samolot nie będzie mógł wylądować ponieważ wylała rzeka i obecnie jest zalane całe lotnisko. Pozostało mi czekać co powie WFP, u których kupiłem bilet. Po południu przyszedł bilet i informacja że przelot jest obsługiwany przez helikopter. Po drodze miałem mieć dwa lądowania, w Mingkamam i Bor.

Przed wylotem wszyscy mnie zaczęli przygotowywać do odprawy. Tłumaczyli mi co mam po kolei robić, aby nie stracić lotu, co czasami już się zdarzało. Po wejściu do Sali odpraw będzie tłum, masz się pchać. Szukaj od razu stoiska ONZ i WFP. Następnie zdaj bagrze. Potem przejdź do sali z kąd wywołują loty. Ponieważ lot jest wywoływany przez osobę przy drzwiach wyjściowych na płytę lotniska, usiądź blisko drzwi itd. Wszystkie instrukcje otrzymane.

Trochę byłem przestraszony tym co mnie czeka, szczególnie, że mam dodatkowe dwie walizki. Jednak po dojechaniu na lotnisko, stało się tak, że byłem pierwszy w kolejce. Pierwsze problemy rozpoczęły się tuż przy ważeniu walizek. Mój limit był 45kg, wiedziałem że mam lekki nadbagaż ok 47kg ale mówiono mi że nie ważą podręcznego. Stało się inaczej – po dodaniu podręcznego wyskoczyła cyfra 57kg. Troszkę panowie się zdziwili, a ja od razu zacząłem się tłumaczyć. Na szczęście mnie przepuścili, bo to pierwszy raz, ale na przyszłość mam wiedzieć.

Nie było większych problemów jeśli chodzi o dostanie się do helikoptera. Oczywiście był to dla mnie pierwszy lot taką maszyną. Siedzieliśmy po dwóch stronach, otrzymaliśmy słuchawki żeby nie ogłuchnąć  i wysłuchaliśmy instrukcji przed wylotem, prawie tak samo jak przed każdym wylotem samolotem. Bagaże były spięte razem na środku pokładu.

Z Dżuby do Migkaman lecieliśmy dwie godziny. Po drodze można było otworzyć okrągłe okno, podziwiać widoki i odczuć powiew wiatru. Z Migkaman do Bor mięliśmy rzut kamieniem więc było to kwestia minut aby się tam znaleźć. Po wylądowaniu kazali nam przejść z bagażem podręcznym do budynku bo będzie tankowanie.

Po kilkunastu minutach jedna osoba krzyknęła Old Fangak. Powoli udawaliśmy się w stronę naszego helikoptera. Ku mojemu zdziwieniu z 14 osób zrobiły się dwie. Nie spodziewałem się, że tutaj zaczną siękolejne problemy. Po dojściu do helikoptera podeszła do nas jedna osoba i zaczęła zadawać szereg pytać. Najpierw interesowało go co wieziemy z elektronicznych rzeczy – kazał wyciągnąć. Pokazałem mu aparat fotograficzny, komputer i myślałem że to wystarczy. Jak powiedziałem że jestem księdzem nie było problemu. Po chwili jednak pojawił się inny człowiek i nie był tak przychylny jak ten pierwszy.

Pierwsze co zażądał pozwoleń. Gdzie pozwolenie na aparat. Oczywiście pierwsze słyszę. Aparat konfiskuję – powiedział. Szkoda mi go było ale bez wahania powiedziałem, jak musisz to bierz.

Ponieważ trwa wojna, lepiej w takich sytuacja nie prowokować. Byłem na terenie Dinka i udawałem się na teren rebeliantów, Nuer. Musiały być problemy.

Trochę to go zdziwiło, wręczyłem mu aparat do ręki, zarządał pokrowiec, oddałem. Chyba trochę ewangeliczne posunięcie – chcą od ciebie coś daj im to i jeszcze więcej. Jednak na tym się nie skończyło. A co z innymi elektronicznymi rzeczami – gdzie pozwolenie. Jaką mam pewność że nie wesprzesz nimi rebeliantów. Raczej nic nie miałem na moje usprawiedliwienie. Osoba która ze mną była zaczęła wstawiać się za mną, że jestem księdzem, że zna ojców tej misji itd. Piloci helikoptera cierpliwie siedzieli i czekali jak się sprawa zakończy.

Wszystko jakoś przyjmowałem na luzie i niczym się nie przejmowałem. Musiałem go wysłuchać. Jednak doszło kolejne pytanie. Gdzie twój list rekomendacyjny, że wybierasz się na teren rebelii, gdzie list mówiący że możesz poruszać się po Południowym Sudanie jako misjonarz. Znowu mówię, pierwsze słyszę. Musisz zostać w Bor – rzekł – nie puszczam cię do Old Fangak. Ze spokojem powiedziałem, nie ma problemu, a do pilota – proszę wyładować mój bagaż. W myślach krążyło mi, gdzie się zatrzymam, gdzie jest jakiś kościół katolicki i jak poinformować resztę że utknąłem w Bor. Pocieszyłem się, że w Bor jeszcze nie byłem. Chyba się zdziwił moją odpowiedzią bo po krótkiej dyskusji z osobą która ze mną leci w języku arabskim odparł. Możesz lecieć i bierz aparat – on ci wytłumaczy co masz przedstawić następnym razem. Cała dyskusja trwała dobre 20 minut. Raczej chodziło o pieniądze, aby mu zapłacić, nic więcej. Wierzę jednak że matuchna się mną zaopiekowała bo mam medalik, który otrzymałem od taty w pokrowcu od aparatu. Leciałem dalej.

Otworzyłem okno i porobiłem kilka zdjęć moim aparatem, który prawie straciłem. Cała sytuacja chyba mnie rozbawiła niż przestraszyła. Podziwiałem widoki i delektowałem się kolejnymi dwiema godzinami lotu.

Samolot zaczął krążyć nad Old Fangak i szukać dogodnego, suchego miejsca na wylądowanie. Po chwili wylądowaliśmy po drugiej stronie rzeki przy zalanym lądowisku – naokoło, woda. Przyszły jeszcze dwie osoby od Lekarzy bez Granic, aby wrócić do Dżuby, po czym odlecieli. Podeszli ludzie, kobiety wzięły mój bagaż na głowę i zaczęliśmy iść w stronę rzeki, aby dopłynąć do Old Fangak. Przeszliśmy kilkaset metrów w wodzie prawie po kolana i podeszliśmy do łódki i osoby która przywiozła Lekarzy bez Granic. Powiedzieli że bez problemu mnie podwiozą. Załadowaliśmy się do łodzi i w drogę.

Jednak to nie koniec przygód. Przecież jeszcze przywitanie przez rebeliantów. Po chwili dwie osoby poprosiły nas na bok. Pierwsze pytanie podobne co przywiozłeś i czy masz telefon satelitarny. Jednak bardziej byli zainteresowani – ile masz przy sobie pieniędzy. Szczeliłem 2.000 poundów, tj. 25 dolarów. Po chwili zaczął zapisywać pyta się jeszcze raz i przypomniało mi się że mam jeszcze coś o czym zapomniałem, mówię ok 6.000 poundów. Po zakupach sam dokładnie nie wiedziałem bo wszystko jest w 10tkach i 50tkach – kupę papierów. Kazali mi wyciągnąć i przy nich przeliczyć. Mój błąd jednak trochę ich zdenerwował. Po chwili podeszli o . Christian i o. Alfred. Zaczęła się dyskusja i nowe prawo, że można przywieźć tylko max. 3.000 poundów. Musieliśmy jeszcze podejść do obskurnego biura i spisać wszystko jeszcze raz. Na koniec puścili nas ze wszystkim.

Podróż nie należała do najlepszych, ale w sumie cały i zdrowy i z całym bagażem dojechałem do mojej wspólnoty w Old Fangak.