Wpisy 2016-2017

16 wrzesień 2016

Południowy Sudan wita

Po wylądowaniu na płycie lotniska w Dżubie pozostaje przedarcie się przez odprawę. Przeszedłem z samolotu do niewielkiego holu. W środku chaos i zamieszanie, nie wiadomo gdzie iść i od czego zacząć. Napis „immigration” mówi mi, że chyba tutaj jest „start”. Kolejka powoli rusza do przodu, ludzie przepychają się z okienka do okienka, o coś pytają, znowu odchodzą… Przychodzi moja kolej. Mam cichą nadzieję, że mając wizę, o którą się postarałem w Nairobi, na miesiąc za 100$, nie będę miał problemów. Standardowe pytania, kim jesteś i do kogo przyjechałeś – po czym – a gdzie Immigration po wjeździe w 2013. roku. Pokazuje mi w paszporcie, że po wjeździe do Południowego Sudanu powinienem udać się na posterunek policji w ciągu 75 godzin, aby do paszportu wkleili kwadratową naklejkę – po czym pokazuje mi ją jak wygląda w innym paszporcie. Oczywiście moja odpowiedź – nic o tym nie wiedziałem. W zamian zażyczył 50$, wbił pieczątkę i przepuścił. Dałem mu setkę, po chwili zza niego wyłania się inny z resztą w ręku – daje mi 40 i mówi abym po 10 przyszedł jutro.

Gdzie teraz? Obok okienek jest długi stół, na stole siedzi kilka osób, ten siedzący na krześle każe mi pokazać paszport. Widząc pieczątkę przepuszcza mnie za stołem pod taśmę gdzie przybywają bagaże. Pomieszczenie małe, tłum wielki. Ktoś krzyczy do mnie, gdzie bileciki po bagaż. Podaję mu dwa i zaraz ciągnie mnie na środek gdzie stoi sterta walizek. Od razu widzę moje. Następnie ciągnie mnie kilka metrów dalej do następnego stołu gdzie wszyscy otwierają walizki i pokazują, co mają w środku. Po przewertowaniu moich rzeczy pani napisała na nich czerwoną kredą „OK”. Następnie ten sam człowiek zabiera się za walizki i pyta gdzie zanieść. Oczywiście za całą usługę musiałem mu jeszcze zapłacić.

No tak małego holu lotniskowego w stolicy to jeszcze nie widziałem. Chyba lepiej nazwać go pokój przylotów i odlotów.

 

Pierwsze dni w Dżubie

Na miejscu wita mnie mój współbrat, o. Gregor Schmidt. Znamy się już z czasów nowicjatu i scholastykatu, zaś teraz będziemy w jednej wspólnocie w Old Fangak. Oczywiście interesuje mnie wszystko. Chciałbym dowiedzieć się na temat nowego miejsca mojej pracy jak najwięcej, poznać lokalny język „nuer” i kulturę. Jednak nauka języka nie należy do najprostszych, zaś informacji o tym miejscu jest bardzo wiele.

Gregor właśnie szykuje najpotrzebniejsze rzeczy do zabrania do Old Fangak. W kontenerze gromadzi książki do naszej szkoły otrzymane z UNICEFu, oraz wydrukowane w Kampali, które sam przygotował do nauki dzieci nuer języka angielskiego. Dodatkowo musi przygotować wszystko to, co potrzebne, aby przeżyć na misji. Wszystko musi ważyć do 1.3 tony, bo o takiej pojemności zamawiamy samolot. Dotarcie do Old Fangak odbywa się tylko drogą lotniczą – są to efekty wojny. Wcześniej można było robić zakupy w mieście Malakal, na północ od Old Fangak i przywozić dobra wzdłuż rzeki. Niestety całe miasto zostało zrównane z ziemią, zaatakowana została baza ONZ i nad całym miastem przejęło kontrolę rządowe wojsko – czyli Dinka.

Umówiliśmy się że Gregor poleci zamówionym samolotem wypełnionym po brzegi dobrami, zaś ja polecę w najbliższą środę samolotem ONZ. Wciąż jednak czekam na moje dokumenty i kiedy będę musiał zdać moje odciski palców. Otrzymałem już moje ID, którym mogę się posługiwać i udowadniać że jestem księdzem. Ponieważ chciałbym w najbliższą niedzielę jechać do jednego z obozów dla uchodźców, gdzie odprawię Mszę, ID mi się bardzo przyda. Złożyliśmy już podanie o pozwolenie dla mnie na wjazd do obozu i mam nadzieję że otrzymam pozytywną odpowiedź.

 

18 wrzesień 2016

Weekend w Dżubie

Rano pojechaliśmy do urzędu imigracyjnego, aby dopełnić resztę formalności. Choć urząd był pusty to i tak chodziliśmy od drzwi do drzwi otrzymując od każdego odpowiedź – czekać. Najpierw mówiono, że potrzebny podpis, zaś ten co miał podpisać moje papiery siedział na zewnątrz i sobie rozmawiał z ludźmi. Po godzinie poszliśmy do innego budynku. Po przejściu kilku obskurnych i ciemnych pomieszczeń doszliśmy do interesującego nas pokoju.  Po przejściu przez zasłonę z materiału weszliśmy do środka. Wewnątrz znajdowało się potężne biurko, za którym siedział urzędnik, zaś naokoło w potężnych fotelach i tapczanach kilka innych osób ubranych w garnitury. Przypomniały mi się sceny z afrykańskich filmów gdzie reżim trzymał nad wszystkim swoją rękę i pokazywał, kto tu rządzi i czyj to teren. Ja byłem biały – ten, który ma czekać i jak komuś się zachce to mi pomogą. Jak na razie tak to tutaj funkcjonuje, muszę odczuć, że jestem tutaj, bo władza pozwala mi tutaj być. Jednak teraz potrzebowałem podpisu jeszcze kogoś innego, zaś tej osoby właśnie nie było. Wróciliśmy więc do domu bez niczego. Będziemy próbowali znowu w poniedziałek.

Naszą jedną z działalności w Dżubie jest prowadzenie warsztatów na temat Trauma healing and reconciliation, mające na celu uzdrowienie i pojednanie po przeżytym szoku, jako efekt wciąż trwającej wojny. Sobotnie warsztaty odbyły się z młodzieżą szkoły średniej. Przyjechało ponad pięćdziesiąt młodych osób z różnych szkół.

Wojna nie tylko przynosi śmierć, ale ma wielki wpływ na psychikę ludzi, którzy tą sytuację przeżyli i przeżywają. Ci młodzi ludzie byli świadkami trwającej przemocy, w lipcu słyszeli strzały z karabinów, widzieli ginących ludzi, uciekających czy chowających się. Jak czujemy się w takich sytuacjach? Mamy przyspieszone tętno, serce wali jak oszalałe, odczuwamy ból stawów, mięśni czy dostajemy poważnych problemów żołądkowych. Prawie wszyscy, którzy w tym czasie byli w Dżubie pochorowali się, ponieważ ich układ odpornościowy osłabł. Niektórzy z tych młodych nie potrafią się uśmiechać, patrzą nieufnie, są wystraszeni. Każdy z nich żyje myślą, co przyniesie jutro.

Ci młodzi ludzie pragną się z tych wszystkich myśli, emocji i przeżyć oczyścić. Warsztaty były okazją, aby mogli choć trochę psychicznie odpocząć i poznać metody, które mogą im pomóc w dalszym radzeniu sobie z traumą. Każdy prosił o oczyszczenie myśli, o spokój, o siłę w radzeniu sobie ze złem. Był czas modlitwy, czas napełnienia się pozytywną Bożą energią, czas oddalenia od siebie tego wszystkiego, co im najbardziej przeszkadza. Był czas, aby jeden nad drugim się pomodlił, położył na jego głowę ręce i prosił o uleczenie.

Niestety nie wszystko idzie po naszej myśli. Na maila z moim imieniem i prośbą o pozwolenie na wjazd do obozu dla uchodźców w niedzielę nie otrzymałem odpowiedzi. Prawdopodobnie był on wysłany za późno. Obecnie reguły wjazdu do obozów są bardzo zaostrzone po ostatnim incydencie. W sobotę rano, przy bramie wjazdowej do obozu padły kolejne strzały, które trwały 15 minut. Na szczęście nikt nie ucierpiał, ale pokazuje to jak cała sytuacja jest napięta. Są oczywiście różne historie, dlaczego do tego doszło i wzajemne obwinianie się. Aby nie robić problemu pozostałem na Niedzielę w domu. Przy następnej mojej wizycie w Dżubie powinienem wjechać bez problemu.

 

22 wrzesień 2016

Dzień przed wylotem otrzymałem emaila od o. Christiana, który jest w Old Fangak, że samolot nie będzie mógł wylądować ponieważ wylała rzeka i obecnie jest zalane całe lotnisko. Pozostało mi czekać co powie WFP, u których kupiłem bilet. Po południu przyszedł bilet i informacja że przelot jest obsługiwany przez helikopter. Po drodze miałem mieć dwa lądowania, w Mingkamam i Bor.

Przed wylotem wszyscy mnie zaczęli przygotowywać do odprawy. Tłumaczyli mi co mam po kolei robić, aby nie stracić lotu, co czasami już się zdarzało. Po wejściu do Sali odpraw będzie tłum, masz się pchać. Szukaj od razu stoiska ONZ i WFP. Następnie zdaj bagrze. Potem przejdź do sali z kąd wywołują loty. Ponieważ lot jest wywoływany przez osobę przy drzwiach wyjściowych na płytę lotniska, usiądź blisko drzwi itd. Wszystkie instrukcje otrzymane.

Trochę byłem przestraszony tym co mnie czeka, szczególnie, że mam dodatkowe dwie walizki. Jednak po dojechaniu na lotnisko, stało się tak, że byłem pierwszy w kolejce. Pierwsze problemy rozpoczęły się tuż przy ważeniu walizek. Mój limit był 45kg, wiedziałem że mam lekki nadbagaż ok 47kg ale mówiono mi że nie ważą podręcznego. Stało się inaczej – po dodaniu podręcznego wyskoczyła cyfra 57kg. Troszkę panowie się zdziwili, a ja od razu zacząłem się tłumaczyć. Na szczęście mnie przepuścili, bo to pierwszy raz, ale na przyszłość mam wiedzieć.

Nie było większych problemów jeśli chodzi o dostanie się do helikoptera. Oczywiście był to dla mnie pierwszy lot taką maszyną. Siedzieliśmy po dwóch stronach, otrzymaliśmy słuchawki żeby nie ogłuchnąć  i wysłuchaliśmy instrukcji przed wylotem, prawie tak samo jak przed każdym wylotem samolotem. Bagaże były spięte razem na środku pokładu.

Z Dżuby do Migkaman lecieliśmy dwie godziny. Po drodze można było otworzyć okrągłe okno, podziwiać widoki i odczuć powiew wiatru. Z Migkaman do Bor mięliśmy rzut kamieniem więc było to kwestia minut aby się tam znaleźć. Po wylądowaniu kazali nam przejść z bagażem podręcznym do budynku bo będzie tankowanie.

Po kilkunastu minutach jedna osoba krzyknęła Old Fangak. Powoli udawaliśmy się w stronę naszego helikoptera. Ku mojemu zdziwieniu z 14 osób zrobiły się dwie. Nie spodziewałem się, że tutaj zaczną siękolejne problemy. Po dojściu do helikoptera podeszła do nas jedna osoba i zaczęła zadawać szereg pytać. Najpierw interesowało go co wieziemy z elektronicznych rzeczy – kazał wyciągnąć. Pokazałem mu aparat fotograficzny, komputer i myślałem że to wystarczy. Jak powiedziałem że jestem księdzem nie było problemu. Po chwili jednak pojawił się inny człowiek i nie był tak przychylny jak ten pierwszy.

Pierwsze co zażądał pozwoleń. Gdzie pozwolenie na aparat. Oczywiście pierwsze słyszę. Aparat konfiskuję – powiedział. Szkoda mi go było ale bez wahania powiedziałem, jak musisz to bierz.

Ponieważ trwa wojna, lepiej w takich sytuacja nie prowokować. Byłem na terenie Dinka i udawałem się na teren rebeliantów, Nuer. Musiały być problemy.

Trochę to go zdziwiło, wręczyłem mu aparat do ręki, zarządał pokrowiec, oddałem. Chyba trochę ewangeliczne posunięcie – chcą od ciebie coś daj im to i jeszcze więcej. Jednak na tym się nie skończyło. A co z innymi elektronicznymi rzeczami – gdzie pozwolenie. Jaką mam pewność że nie wesprzesz nimi rebeliantów. Raczej nic nie miałem na moje usprawiedliwienie. Osoba która ze mną była zaczęła wstawiać się za mną, że jestem księdzem, że zna ojców tej misji itd. Piloci helikoptera cierpliwie siedzieli i czekali jak się sprawa zakończy.

Wszystko jakoś przyjmowałem na luzie i niczym się nie przejmowałem. Musiałem go wysłuchać. Jednak doszło kolejne pytanie. Gdzie twój list rekomendacyjny, że wybierasz się na teren rebelii, gdzie list mówiący że możesz poruszać się po Południowym Sudanie jako misjonarz. Znowu mówię, pierwsze słyszę. Musisz zostać w Bor – rzekł – nie puszczam cię do Old Fangak. Ze spokojem powiedziałem, nie ma problemu, a do pilota – proszę wyładować mój bagaż. W myślach krążyło mi, gdzie się zatrzymam, gdzie jest jakiś kościół katolicki i jak poinformować resztę że utknąłem w Bor. Pocieszyłem się, że w Bor jeszcze nie byłem. Chyba się zdziwił moją odpowiedzią bo po krótkiej dyskusji z osobą która ze mną leci w języku arabskim odparł. Możesz lecieć i bierz aparat – on ci wytłumaczy co masz przedstawić następnym razem. Cała dyskusja trwała dobre 20 minut. Raczej chodziło o pieniądze, aby mu zapłacić, nic więcej. Wierzę jednak że matuchna się mną zaopiekowała bo mam medalik, który otrzymałem od taty w pokrowcu od aparatu. Leciałem dalej.

Otworzyłem okno i porobiłem kilka zdjęć moim aparatem, który prawie straciłem. Cała sytuacja chyba mnie rozbawiła niż przestraszyła. Podziwiałem widoki i delektowałem się kolejnymi dwiema godzinami lotu.

Samolot zaczął krążyć nad Old Fangak i szukać dogodnego, suchego miejsca na wylądowanie. Po chwili wylądowaliśmy po drugiej stronie rzeki przy zalanym lądowisku – naokoło, woda. Przyszły jeszcze dwie osoby od Lekarzy bez Granic, aby wrócić do Dżuby, po czym odlecieli. Podeszli ludzie, kobiety wzięły mój bagaż na głowę i zaczęliśmy iść w stronę rzeki, aby dopłynąć do Old Fangak. Przeszliśmy kilkaset metrów w wodzie prawie po kolana i podeszliśmy do łódki i osoby która przywiozła Lekarzy bez Granic. Powiedzieli że bez problemu mnie podwiozą. Załadowaliśmy się do łodzi i w drogę.

Jednak to nie koniec przygód. Przecież jeszcze przywitanie przez rebeliantów. Po chwili dwie osoby poprosiły nas na bok. Pierwsze pytanie podobne co przywiozłeś i czy masz telefon satelitarny. Jednak bardziej byli zainteresowani – ile masz przy sobie pieniędzy. Szczeliłem 2.000 poundów, tj. 25 dolarów. Po chwili zaczął zapisywać pyta się jeszcze raz i przypomniało mi się że mam jeszcze coś o czym zapomniałem, mówię ok 6.000 poundów. Po zakupach sam dokładnie nie wiedziałem bo wszystko jest w 10tkach i 50tkach – kupę papierów. Kazali mi wyciągnąć i przy nich przeliczyć. Mój błąd jednak trochę ich zdenerwował. Po chwili podeszli o . Christian i o. Alfred. Zaczęła się dyskusja i nowe prawo, że można przywieźć tylko max. 3.000 poundów. Musieliśmy jeszcze podejść do obskurnego biura i spisać wszystko jeszcze raz. Na koniec puścili nas ze wszystkim.

Podróż nie należała do najlepszych, ale w sumie cały i zdrowy i z całym bagażem dojechałem do mojej wspólnoty w Old Fangak.

 

29 wrzesień

Mój nowy dom

Nasz dom wciąż otaczają błota i wody. Niedawno znowu padało i gumiaki stały się dla nas podstawowym obuwiem. Nasza misja to dwa domki zbudowane z gotowych metalowych ścian. Jeden to kuchnia z dwoma przylegającymi pokoikami i drugi to magazyn z dwoma przylegającymi pokoikami. Ponieważ na tych terenach ciężko o materiały budowlane, można tylko tworzyć struktury z blach i metalowych słupów. Do 2013. roku wszystko można było sprowadzać łodziami – teraz jest to niemożliwe. Wojna spowodowała pustki i zniszczenie.

Pobliskie, niegdyś potężne miasto Malakal, z którego niegdyś można było sprowadzić dobra, stało się teraz miejscem, po którym krąży jedynie wojsko rządowe, czyli dinka. Lokalna ludność to tylko ta, która mieszka w obozie dla uchodźców pilnowanych przez wojsko ONZ. Każdy nuer, który zbliży się do miasta ryzykuje swoje życie. Diecezja Malakal, do której należy nasza parafia nie istnieje – biskup z lokalnymi księżmi ukrywają się w stolicy, tylko czasami przylatują do swoich parafii, aby odwiedzić ludzi. Old Fangak i okolice stały się wyspą, na której żyje plemię nuer. Do tych, którzy tutaj mieszkają, dołączyli także uchodźcy – wszyscy z nadzieją, że są tutaj bezpieczni, otoczeni rozlewiskami nulu i bagnami. Niektórzy mówią, że miejsce to stało się dla nich więzieniem, z którego nie mogą się wydostać. Na szczęście ludzie znajdują jeszcze sposób na zdobywanie produktów, czy to z Chartumu czy innymi drogami.

W pokoju niewiele się mieści, ale i wymagań także nie ma za wiele. Trzy metalowe skrzynie, cztery półki, stolik, krzesło i łóżko z moskitierą. Dobrze, że ściany wyłożone są styropianem to, chociaż mniej grzeje w tym blaszaku. W przyszłości będę tylko musiał wyrównać błoto na podłodze, bo już się rozlatuje i robią się dziury. Ponieważ nie ma w pobliżu dużych miast nie możliwości, aby sprowadzać butli z gazem – pozostaje nam węgiel drzewny i nasze pomysły, co by tutaj ugotować. Ryż, fasolę, makaron, ryż, makaron czy ryż, makaron. Jak zrobimy zakupy dwa razy w roku i zamówimy samolot to nacieszymy się przez chwilę cebulą, ziemniakami czy ciasteczkami. Nasze kury, które co jakiś czas porywane są przez psy też wspomagają nas w jajka. Może w przyszłym roku zbiory będą lepsze to będzie lekkie urozmaicenie i nawet pomidor się znajdzie. Ponieważ w porze suchej ziemia staje się twarda jak kamień nie da się sadzić takich rzeczy jak np. ziemniaki czy marchew. To co rośnie ponad ziemią ma szanse na wydanie owoców. Wieczorem pojawia się pełno robaków, które towarzyszą nam podczas wieczornych rozmów, pod stołem wylegują się nasze dwa koty. I choć nie ma stałego Internetu czy telewizora czas idzie do przodu i pojawia się nagle 22.00. Nasza wspólnota to o. Alfred – Ugandyjczyk, który jest proboszczem i o. Gregor, który zajmuje się szkołą. Jeszcze przez 3 tygodnie będzie z nami także o. Christian, – który spędził wśród nuer ponad 10 lat, na którego miejsce przyleciałem. Do mnie na razie należy intensywna nauka języka, który nie jest łatwy.

 

Pierwsze wrażenia

Kiedy przyleciałem do Old Fangak na moje doświadczenie w 2008 roku, pamiętam, że była to niewielka miejscowość. Dzisiaj to miasteczko ma ok. 8.000 mieszkańców. Wiele rodzin znalazło w tym miejscu schronienie, gdy ich miasta w Malakal i Phom zostały zaatakowane i zniszczone. Cała nasza parafia ma ok. 240 000 km² i służymy prawie 25.000 katolikom w 80 wioskach. Praca staje się trudna gdyż przemieszczamy się tylko piechotą albo łodzią – do ostatniej kaplicy mamy dwa dni drogi. To co można przejść w porze suchej w 3 godziny, w porze deszczowej, która właśnie trwa, przebycie tej samej drogi zajmuje cały dzień idąc w wodzie, błocie a czasami płynąc.

Ludzie pomimo wojny i cierpień są bardzo otwarci i życzliwi. Jest to chyba natura tego plemienia w porównaniu z plemieniem dinka, które raczej przyjacielsko nie jest nastawione. Dzisiaj są nazywani rebeliantami, tymi złymi i tymi, którzy chcą obalić rząd. W umysłach ludzi tworzy się tylko jedno pojęcie „to mój wróg”. Jest wiele dylematów, jeśli chodzi o sytuację w Pd. Sudanie. Niektórzy obawiają się, że dojdzie do drugiej Rwandy, inni zaczynają mobilizować wojsko i nakazywać, aby każda rodzina dała do służby wojskowej przynajmniej jednego syna. Jeszcze inni tworzą dodatkowe grupy zbrojne, dzięki którym planują obalić prezydenta i jak mówią – panujący reżim i przemoc wobec innych grup etnicznych. Jednak pomimo tego, ludność nuer jest dobra, otwarta i bardzo uczynna. Nie trzeba wiele mówić, aby młodzież przygotowała kaplicę, udekorowała prezbiterium, przygotowała piosenki czy przy uroczystościach jakieś przedstawienie. Ponieważ mamy wizytę o. Jeremiasza – wikariusza generalnego i o. Daniele – prowincjała Południowego Sudanu ci, co zdołali dotrzeć, przybyli do Old Fangak, aby się z nimi spotkać i przywitać mnie – nowego pracownika tej parafii. Oprócz wszystkich katechistów przybyła młodzież z Dorek, ludzie z innych kaplic. Nie brakowało także tych z najbardziej oddalonych kaplic. Na pewno przybyło by ich więcej, gdyby nie trwająca powódź. Ponieważ ludzie bardzo lubią pochody to i tym razem na cześć naszych gości odbył się pochód przy dźwiękach bębnów i śpiewów. Ubrana w uniformy młodzież intonowała, co róż to nową piosenkę.  Jednak to im nie mało, codziennie wieczorem gromadzili się w kościele i kontynuowała swój śpiew.

Znając już trochę Afrykę, miłym zaskoczeniem był dla mnie moment, kiedy przyleciały nasze dobra, które zakupiliśmy w Dżubie. Ta sama młodzież z radością, że mogą nam pomóc, przyniosła z łodzi do naszego domu wszystko to, co przyleciało, – czyli ponad tonę. Są dla nas bardzo uczynni. Widać, że ludzie czują się częścią naszej wspólnoty kościelnej. Katechiści są bardzo zaangażowani w swoją pracę pomimo to, że nie są opłacani, ich własna wspólnota o nich dba – kupi im coś do jedzenia, mydło, jakieś ubranie – jest to okazana wdzięczność wobec nich. Widać także jak ludzie są wdzięczni za to, że mają kapłana – bardziej są gotowi do ofiarowania nam czegoś, czy ugoszczenia nas niż otrzymania coś w zamian. Jest na pewno jeszcze wiele rzeczy, które poznam i będę się mógł nimi z wami podzielić.

 

15 październik 2016

Uroczystość św. Daniela Comboniego w Toch

W tym roku Święto Comboniego spędziłem w Toch. Jest to jedno z centrów naszej parafii, gdzie spotkały się grupy młodzieżowe z pobliskich kaplic oraz młodzież z Old Fangak. Na spotkanie i świętowanie przybyło pięć grup młodzieżowych z Old Fangak, Toch, Nyadin, Pauguir, Doreak oraz lokalna ludność.

Do Toch i z powrotem mięliśmy zamówioną łódź, która miała zabrać nas i naszą młodzież. O 11.00 byliśmy już przy łodzi i jak zawsze wszystko się przedłużało.  Dodatkowo potrzebne było pozwolenie, które jest dzisiaj nowością. O każdej łodzi wypływającej z Old Fangak musi być poinformowana lokalna władza, dodatkowo potrzebna jest lista wszystkich osób. W międzyczasie udało mi się jeszcze coś zjeść w pobliskim barze. Ryż się skończył, dzisiaj fasola i sorgo są rarytasem, aby pokazać gościnność dodawany jest do tego olej. Lokalni, którzy siedzą obok mnie, dodają jeszcze pokruszone ciasteczka i cukier. Po dwóch godzinach czekania dostaliśmy się na metalową balię. Silnik został już do niej przymocowany. Jak tylko łudź się zapełniła ruszyliśmy w drogę. Jednak po około stu metrach łudź wpłynęła w zarośla i się zatrzymała. Zabrakło paliwa.

Może niektóre rzeczy mogą się wydawać oczywiste i logiczne, nie ma jednak co się tutaj doszukiwać jakiejkolwiek logiki w decyzjach podejmowanych przez ludzi prowadzących biznes. Może ktoś by się mógł zapytać, – to nie sprawdzili czy mają paliwo? – no niestety nie.

Dobrze, że po chwili przepływało kanu, które po jakiejś godzinie dowiozło nam paliwo. Upał był straszny, więc łódź wprowadzona w ruch dodała nam wszystkim trochę powiewu świeżego powietrza. Płyniemy pod prąd rzeki, więc szybkość nie oszałamia. Oczywiście tak jak nam wcześniej powiedziano, dotarliśmy w okolice Toch razem z komarami. Miejsce to słynie z wielkiej ilości komarów, ale jak zbliżyliśmy się do brzegu i wpłynęliśmy w zarośla około siódmej, odczułem ich ilość na całym ciele. Wyskoczyłem z łodzi do wody, aby ulżyć moim stopom, po czym z katechistą podążyłem do chaty, w której miałem mieszkać przez następne kilka dni.

Kolejnego dnia, dzień przed uroczystością, zaczęły się schodzić wszystkie grupy, chór młodzieżowy wraz z grupą, która tańczy podczas mszy. Każda przybywająca do Toch grupa, kroczyła w pochodzie, ze śpiewem, bębnami i tańcem. Nie wiem, dlaczego tutejsza młodzież tak bardzo lubi pochody, ale mogą tak maszerować i śpiewać godzinami. W tych dniach, co jakiś czas, grupy wychodziły na pobliski pas startowy i maszerowały, każda ze swoją piosenką – przekrzykując się nawzajem, jakby chcieli pokazać, kto potrafi głośniej. Pierwszej nocy, jedna z grup wyszła ze śpiewem i bębnami już o czwartej rano. Kolejnego dnia pośmialiśmy się z tego, ale zaskoczyła nas kolejna grupa kolejnej nocy. Byli w stanie wstać i maszerować od pierwszej w nocy. No to se pospałem.

Przygotowania do uroczystości w dzień św. Comboniego troszkę trwały. Każda grupa miała swoje miejsce pod drzewem a także dla nas było wyszczególnione konkretne miejsce i stolik, który posłużył za ołtarz. Grupy podczas eucharystii wymieniały się śpiewem i tańcem. Święto św. Daniela Comboniego jest tutaj bardzo znaczące poprzez naszą długoletnią obecność. Musi być uroczyście. Jak zawsze tego dnia bliska jest nam ewangelia o Dobrym Pasterzu, który troszczy się o swoje owce, zna je po imieniu i strzeże przed drapieżnikami. Takich nam potrzeba kapłanów, katechistów, liderów. Ich głos mogliśmy posłuchać podczas ogłoszeń, ponieważ jest to także czas na przemówienia, a w tak szczególną okazję trochę chętnych było. Nie wiele zrozumiałem, miałem cichą nadzieję, że mówili o jedności, przebaczeniu i pokoju.

Wieczorem odbył się mecz piłki nożnej na pasie startowym, Old Fangak przeciw Nyadin. Niestety nasi się nie popisali.  Udało nam się jeszcze skończyć przed deszczem. Zagrzmiało kilka razy i lunęło. Wieczory trochę nudne. O 19.00 robi się ciemno, kobiety przynoszą coś do zjedzenia, przeważnie jest to ryba z sorgo i zlatuje się zgraja komarów, które także się chcą nami posilić. Nie dając im takiej okazji o 19.30 jesteśmy już pod moskitierą. Jeszcze tylko News z Południowego Sudanu w radiu i koniec atrakcji na dziś.

Kolejny dzień był także tym bardzo oczekiwanym, ponieważ każda grupa musiała zaprezentować to, co potrafi przed nie małą publicznością. Rano jeszcze trochę popadało, ale na szczęście się rozpogodziło i mogliśmy zaczynać. Przeszliśmy na teren szkoły podstawowej pod te same drzewa, które towarzyszyły nam podczas mszy. Każda grupa miała wyznaczone miejsca do siedzenia, na środku były linie, pomiędzy którymi miały znajdować się, od lewej, rząd chłopców, obok tańcząca młodzież i obok, rząd dziewczyn. Każda grupa ze śpiewem wchodziła na miejsce prezentacji, po czym przedstawiali znaną piosenkę, następnie nową piosenkę napisaną przez siebie i przedstawiali sztukę. Każda grupa robiła to z wielka powagą utrzymując profesjonalizm w tym, co robią. Podczas przedstawień nie brakowało śmiesznych momentów, i chociaż wszyscy się śmiali, ja niestety nie wiedziałem z czego. Po pięciu godzinach nastąpił moment na wspólny śpiew i radość. Została na tą cześć także zabita krowa, która urozmaiciła nasze menu tegoż wieczoru.

Kolejny dzień to powroty. Niektórzy jeszcze pozostali w Toch my zaś czekaliśmy na naszą łudź. Czekałem spakowany od samego rana a tu nic nie słychać, kiedy wypływamy, pytałem. W południe poinformowano nas, że łódź popłynęła po worki z żywnością do pobliskiej wioski, następnie, że mają tylko 5 litrów paliwa, ale powinno wystarczyć, aby dotrzeć do nurtu głównej rzeki. O 14.00 kiedy łódź przypłynęła młodzież zaczęła gotować, więc trzeba było dalej czekać. O około 15.00 udało mi się na nią dostać. Nie jest źle, bo siedzę na jednym z worków, więc powinno być wygodnie. Łódź się zapełniała, zapełniała i zapełniała. Każdy chciał się na nią dostać, każdy chciał się dostać do Old Fangak. Po godzinie byłem otoczony przez rodziny z dziećmi. Siedziałem z podkulonymi nogami, pomiędzy którymi trzymałem mój plecak. Po kilku kłótniach i przepychankach ruszyliśmy. Powoli zaczęliśmy się wydostawać z krzaków. Odbiliśmy od brzegu o 16.00, ciekaw byłem ile nam ta podróż zajmie. Płynęliśmy spokojnie, co jakiś czas gasł silnik i przebijaliśmy się przez kolejne wodorosty. Podziwiając zachód słońca silnik nagle ucichł i nastała długa cisza.

Silnik padł, a tu do rzeki jeszcze kawałek. Po kilku okrzykach „mechanik”, kilku młodych przepycha się na tyły, aby zbadać sprawę. Po zachodzie słońca okazało się, że nic nie poczniemy. Rozległy się kolejne okrzyki, wiosłujemy. Hmm, ale czym? Niektórzy złapali za klapki, inni za kije, które mieli przy sobie a inni tak po prostu, ręką. Co jakiś czas padały kolejne okrzyki, wiosłować, balia z może z 300ma osobami na pokładzie poruszała się mozolnie, co jakiś czas stawaliśmy. Ci którzy stali przy burcie i sięgali wody, robili co mogli, były także śpiewy i odgłosy rąk które próbowały odgonić od siebie setki komarów, klapnięcie za klapnięciem. Trafiony, albo nie. Nogi mi ścierpły, ruszyć się nie mogłem a komary zrobiły sobie ucztę na moich stopach plecach i gardle. Posmarowałem środkiem na komary, ale na tą ilość chyba nie bardzo działa. Mokra koszulka przyklejona do pleców, a na niej kolejna armia, która wkuwała się bez przeszkód. Był to chyba czas na małą gimnastykę.

Może około 22.00 dopłynęliśmy do nurtu głównej rzeki. Prąd powinien nas teraz poprowadzić do Old Fangak. Niektórzy powyciągali moskitiery, ponakrywaliśmy się, plecy przykryłem ręcznikiem. Dzieciaki całkowicie rozłożyły się na moich nogach, jeden przyklejony z boku wymachuje przez sen rękoma a z tyłu niemowlak, o moje nogi oparła się dziewczynka i śpi. Mięśnie bolą, nogi cierpną a księżyc lekko pokazuje co się naokoło dzieje. Panowała całkowita cisza i spokój. Brzeg rzeki powoli się przesuwał, a łudź powoli się obracała. Płynęliśmy raz przodem, raz tyłem i tak na zmianę. Czasami zerkałem na księżyc, brzeg, gwiazdy. Próbowałem zasnąć. Patrzyłem na siedzący tłum ludzi i myślałem sobie, że wyglądamy jak uchodźcy – w ciszy, w nocy w przepełnionej łodzi, jak byśmy po kryjomu wymykali się skądś. Raz po raz patrzyłem niecierpliwie na zegarek, 00.20, 2.00. Co jakiś czas odpychałem dzieciaki, żeby choć trochę się rozprostować i zmienić pozycję. Po jakimś czasie dobiegł mnie znany okrzyk, „wiosłujemy”. Dobijaliśmy do brzegu. Rozległy się okrzyki i śpiewy. Obróciliśmy łudź przodem w kierunku brzegu i do dzieła. Oby tylko nurt rzeki z powrotem nas nie zabrał? Jednak po uderzeniu o brzeg ktoś chyba wyskoczył z liną i zawiną ją o coś, bo po chwili staliśmy bokiem do brzegu. Nareszcie. Godzina 5.30 rano, troszkę nie wierzyłem. Po ponad 13 godzinach siedzenia w jednym miejscu udało mi się wstać z miejsca, ktoś wziął mój plecak i praktycznie dwóch mężczyzn wyniosło mnie z łodzi na suchy ląd, abym sobie nóg nie pomoczył. Troszkę mnie to rozbawiło, z jakim zapałem to zrobili. W domu woda z cytryną i cukrem raz kilka ciasteczek. Gotować mi się już nie chciało, choć głodny byłem – może potem. Po chwili młodzież w marszu ze śpiewem przy wschodzie słońca dotarła do kościoła. Poszedłem jeszcze im podziękować, wspólna modlitwa, błogosławieństwo i biegiem spać.

 

13 listopad 2016

Żyć w „więzieniu” we własnym kraju

Od kilku dni jestem w Dżubie i czekam na kurs wprowadzający w sytuację Południowego Sudanu. Ponieważ zbliża się niedziela, oczywiście pytanie było, czy mam pozwolenie na wjazd do obozu dla uchodźców, aby z nimi odprawić Mszę. Tym razem okazało się, że mogę jechać.

Noc z soboty na niedzielę była niespokojna. W pewnym momencie obudziły mnie serie wydawane z karabinu. Jest północ. W takiej sytuacji to pozostaje tylko czekać i słuchać jak sytuacja się rozwinie. Na szczęście po kilku seriach ucichło. Nie powiem, ale miałem stracha, bo jednak stolica jest jednym z niebezpiecznych miejsc, gdzie nie ma policji i grupy przestępcze są samowolni i bezkarni. Dodatkowo słyszymy czasami informacje dochodzące z zewnątrz, że rebelie będące w opozycji z rządem będą chciały zdobyć stolicę i obalić prezydenta.

Wyjechaliśmy około 8.00 rano, ja i o. Raimundo. Obóz znajduje się po drugiej stronie Dżuby, więc mamy kawałek drogi. W obozie znajduje się ponad 16.000 osób, większość to ludzie plemienia nuer.

Już sama droga w kierunku obozu nie jest miłym doświadczeniem. Bliżej obozu o. Raimundo pokazuje mi opuszczone i zrujnowane domy. Na niektórych widać dziury po nabojach, dalej mijamy duże opuszczone tereny, które w lipcu były polem bitwy. W tym miejscu wiele osób zginęło. W pewnym momencie podjeżdżamy do potężnych szlabanów i ochrony. Jest to główny wjazd do obozu ONZ. Po okazaniu naszych dokumentów i spisaniu danych wjeżdżamy do środka. Jak na razie mijamy całą główną bazę ONZ – oczywiście jak zawsze robi to wrażenie. Trzypiętrowe budynki, na niektórych z nich otwory po nabojach, samochody i budynki dla personelu, każdy z ogródkiem, zadbane, czyste. Potężne generatory, kontenery, systemy do klimatyzacji, obok znajduje się restauracja. Od strony tych struktur budowane są potężne mury z piaskiem, aby naboje nie przeszły na wylot. Zastanawia tylko, dlaczego taka dbałość o bezpieczeństwo terenu ONZ a od strony obozów tylko zasieki. W pewnym momencie zbliżamy się do kolejnych dwóch bram z ochroną i żołnierzami ONZu. Wydaje mi się, że wjeżdżamy do więzienia. W tym momencie pojawiają się czołgi ONZu i ciężki sprzęt zbrojny. Jedziemy wzdłuż zasieków. Co kilka metrów są okopy i budki, w których siedzą żołnierze ONZu i obserwują czy nie zbliża się wróg.

Na początku czułem się trochę jak w slumsie korogocho. Ten sam odór mijając szereg latryn i baraki jeden przy drugim, choć tym razem każdy pokryty białą plandeką. Z daleka wyglądają jak białe pole. Mijamy kontenery na wodę i setki pojemników na wodę, czekające w rzędzie na swoją kolej. Po kilkuset metrach dojeżdżamy do naszej kaplicy. Ponieważ znajduje się obok kaplicy protestantów to jest trochę głośno. Odprawiając Mszę miałem szereg myśli na temat całej sytuacji, w jakiej znajdują się ludzie Południowego Sudanu.

Czytając dzisiejszą ewangelię chyba czułem się jakby do tych ludzi przybliżał się koniec świata. Jakby rzeczywiście przeżywali te wszystkie kataklizmy, powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu, będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie. I choć Jezus mówił o tym wszystkim i składaniu świadectwa w obronie swojej wiary w czasie prześladowań – plemię nuer musi znosić te cierpienia i prześladowania z powodu tylko tego, że są z plemieniem nuer. Ileż osób chce na nich podnieść rękę, wyeliminować ich, ileż z nich cierpi głód i nieludzkie warunki. Jakiż to kraj, który chce się pozbyć część swoich obywateli, bo ich nienawidzi. Jakiż to kraj wysyła wojsko przeciw swoim obywatelom i zamiast do jedności dąży do większego rozlewu krwi. Z drugiej strony, jakiż to kraj, w którym żyję jak w więzieniu, ukrywając się przed wojskiem mojego rządu. Jakiż to kraj, który mnie nie akceptuje tylko dlatego, że urodziłem się nuer a nie dinka. Jakiż to kraj, który doprowadził do tego, że żyję w obozie już trzy lata i poza nim nic więcej nie znam. Oprócz tych myśli należy dodać jeszcze jedno, czy jakby przy władzy było plemię nuer, role by się obróciły – przecież to wzajemna nienawiść? Jakież to państwo gdzie każde plemię do każdego nastawione jest wrogo i z nienawiścią, jaka nadzieja, czy ktokolwiek wie jak rozwiązać ten konflikt? Może, dlatego większość milczy, a inni opuszczają ten kraj, który wydaje się, że wciąż nie ma przyszłości. Ci zaś, którzy mają interes w tym konflikcie, ci którzy wciąż zaopatrują ten kraj w broń, dbają aby trwał on dłużej, albo jak już nie ma wyboru poprą prezydenta i plemię dinka oraz rządy reżimu i tych, którzy najchętniej rozpoczęliby czystkę etniczną. Po drodze do naszej kaplicy minęliśmy żołnierzy ONZu, widać że Chińczycy, o. Raimundo powiedział ciekawe stwierdzenie – w lipcu zostali zastrzelonych dwóch żołnierzy, możliwe że z ich własnej broni którą dostarczają do Południowego Sudanu. Wierzę jednak, że są także inne powody, dla których ta wojna domowa wciąż trwa i nie ma końca, a o których się nie mówi.

Pomimo tego, że od lipca tego roku niewiele osób wychodzi poza obóz, bojąc się o swoje życie – ludzie powoli stworzyli sobie swoją małą miejscowość. Są sklepy, szkoła, kościół… Dzieci biegają z latawcami zrobionymi z reklamówek i powiem, że ładnie wyglądają i wznoszą się w powietrze. Żałowałem, że nie mogłem zrobić im zdjęcia – chcąc uniknąć problemów nic ze sobą nie miałem. Po Mszy wiele osób podchodziło do mnie i mówiło mi, że pochodzą z okolic Old Fangak. Zapewniałem ich o mojej modlitwie za nich, o pokój i jedność w tym kraju. Podjechaliśmy jeszcze do dwóch innych naszych kaplic na terenie obozu i skierowaliśmy się do wyjazdu.

Na pewno był to bogaty dzień i jestem Bogu bardzo za niego wdzięczny. Jak się uda to kolejną niedzielę także spędzę z nimi, aby wiedzieli, że o nich pamiętamy. Czy może być inne, lepsze miejsce, aby zakończyć ten Rok Miłosierdzia?

 

19 Grudzień 2016

Język i jeszcze raz język

Minęło trochę czasu od ostatniego mojego wpisu. Mało, co się wydarzyło i niewiele było do opisywania. Czas nauki języka jest chyba najnudniejszym i najcięższym czasem. Przyjeżdżamy na miejsce z zapałem i chęcią do pracy a na miejscu okazuje się, że to my jesteśmy tymi, którzy potrzebują pomocy. Dzieci podchodzą i mówią mi słówka w języku nuer pokazując nos, usta, głowę, uszy, oczy itd. Oczywiście mam po nich powtórzyć i zapamiętać. Kolejnego dnia podejdą znowu i pokazując na oko pytając, co to jest. Dołączając się na jakieś zebranie czy spotkanie siedzę i wpatruję się w ludzi, słucham i nie wiem, o czym mówią. Język jest zawsze podstawą do jakiejkolwiek pracy misyjnej.

Po tych ostatnich kilku tygodniach pojawiają się małe postępy. Wymowa jest ciężka i wciąż daleka droga przede mną do perfekcji, ale cieszę się jak ludzie mi mówią, że czytam dobrze i zrozumiale. Jest to jak najbardziej ważne przy odprawianiu Mszy czy czytaniu Ewangelii. Wciąż największym problemem jest rozróżnienie tonacji tego samego słówka i powtórzenie po ludziach. Skomplikowane składanie zdań wciąż przynosi wiele problemów a na końcu ludzie odpowiadają, coooo??? Mózg się lasuje od słówek i kiedy jedne wchodzą inne wychodzą.

Oprócz języka oczywiście jest wiele osób, które nas otaczają i odwiedzają. Powoli kończą się zrzuty żywności od WFP i trwa rejestrowanie ludności. Wiele ludzi przybyło do Old Fangak, aby otrzymać tą bardzo oczekiwaną pomoc. Pytając ile mogą otrzymać odpowiadają, że 2,5 garnka na osobę i musi im to starczyć do lutego. Ludzie jednak nie tracą nadziei i ofiarowują wszystko Bogu. Odpowiedź na wszystkie trudności czy niebezpieczeństwa w kulturze Nuer jest zawsze podstawowa, jak Bóg zechce, Jego wola.

Zdecydowaliśmy ostatnio, że zbudujemy sobie małą kaplicę. Ileż można modlić się w kuchni. Ponieważ materiałów budowlanych nie ma i nawet piasek trzeba sprowadzać to będzie zbudowana z lokalnych materiałów – chatka kapliczka.

Czasami przychodzą dzieci i młodzież na misję i mówią surka – każdy chce zdjęcie.

 

26 grudzień 2016

Hej, kolęda, kolęda

Rozpoczął się ostatni tydzień przed Bożym Narodzeniem. Byłem miło zaskoczony, kiedy dowiedziałem się, że mam chodzić po kolędzie i błogosławić rodziny. Przyniosło mi to wiele radości, ponieważ pomimo tego, że poczuje się trochę jak w Polsce to i poznam okolice Old Fangak. Ważnym dla mnie było, aby i ludzie przyzwyczaili się do mojej obecności i mnie poznali.

Pierwsze dwa dni chodziłem po rodzinach po drugiej stronie rzeki. Katechista był moim przewodnikiem po nieznanych drogach. Pokazywał gdzie mamy iść, które rodziny odwiedzić (ponieważ jest wiele rodzin protestanckich) oraz dbał o to, aby kanu było gotowe do przeprawy na czas. Niektóre miejsca trzeba było przejść przez wodę i błoto. Jak wam opisywałem wcześniej, ludzie mają wielki respekt do misjonarzy. I tym razem tego doświadczyłem. Za każdym razem, kiedy wychodziłem z błota podbiegał katechista, i obmywał mi nogi. Dla mnie to okropne uczucie i starałem się bronić jak mogłem. Jednak on natarczywie polewał moje nogi wodą do puki nie zniknęło całe błoto z moich stóp. Dodatkowo, gdy kanu było oddalone od brzegu o kilkadziesiąt metrów, nie pozwolono mi wysiąść. Wszyscy wysiedli i pchali kanu ze mną w środku, abym znalazł się jak najbliżej brzegu. Dopiero wtedy mogłem wysiąść. Czasami mnie to złościło, ale więcej radości przynosiło im, kiedy ich słuchałem. Więc się poddałem.

Miałem przygotowaną krótką modlitwę i kropidło w ręce. Ponieważ na terenie jednego podwórka znajduje się kilka chat tej samej rodziny musieliśmy często czekać, aż cała rodzina powychodzi z chat, albo, co najmniej ci, którzy chcą wyjść i się pomodlić. Prosta, krótka modlitwa błogosławieństwa rodziny i domostwa wprowadza zawsze wdzięczność, że święta rozpoczną się nie tylko przygotowaniem zewnętrznym, ale także i duchowym. Jest to także czas, kiedy to kobiety przynoszą błoto z rzeki i odnawiają ściany i podłogi wcierając mokrą maź i czekając aż wyschnie. Na niektórych domach już widnieje napis; szczęśliwego nowego roku 2017. Po modlitwie nałożenie rąk na dzieci, błogosławieństwo i specjalna modlitwa nad chorymi i idziemy dalej. Podczas odwiedzin zastanawiało nas, dlaczego w domu są tylko kobiety i dzieci, gdzie się podziali mężczyźni? Rzadko można było ich spotkać. Widać, że nie są oni przywiązani do domu, a i poligamia gdzie każdy ma po trzy żony i więcej sprawia, że po prostu ich nie ma w domu. Za to pełno ich na targu i ulicach – rozmawiają, grają i dobrze się bawią. Jednak po moim doświadczeniu w Amakuriat, gdzie na Mszy uczestniczą tylko kobiety i dzieci w Old Fangak większość zapełnionego kościoła to właśnie mężczyźni.

Dwa dni mi zajęło, aby odwiedzić domostwa po drugiej stronie rzeki, kolejne dwa na Old Fangak, była modlitwa w więzieniu, a w ostatni dzień udaliśmy się do szpitala prowadzonego przez MSF i dr. Jill z Alaski.

Ponieważ katechista John ma ogród przy rzece to po błogosławieństwie mogliśmy podelektować się arbuzem a potem dobrą rybą i kizdrą czyli plackiem zrobionym z sorgo.

Na pewno te święta będą szczególne nie tylko dla tych ludzi, ale także dla mnie. Byłem wdzięczny Bogu za każdy dzień, dom, rodzinę i osobę, którą w tych dniach spotkałem.

 

Pierwsze Boże Narodzenie w Old Fangak

Brakuje mi trochę takiego Bożego Narodzenia, jakie przeżywamy w Polsce. Nie ma choinki, światełek, dekoracji, wigilijnego stołu, prezentów, opłatka czy stajenki… Jednak każdy stara się, aby każde święta były szczególne. Do mojej wspólnoty na święta przyleciał brat Jacek, który pracuje w Yirol, więc nie jestem sam i jest dodatkowo polskie towarzystwo.

Już od tygodnia młodzież spotyka się na próbach chóru, tańców i służenia przy ołtarzu. U nas w parafii mamy prężną grupę młodzieży, z czego naprawdę możemy być dumni. Są oni bardzo zaangażowani i aktywni w działalność parafialną. Każda grupa ma swojego lidera, który przygotowuje i prowadzi spotkania. Chór przygotowuje piosenki w różnych językach, w angielskim, nuer, swahili czy arabskim. Dziewczyny i chłopaki z grupy alleluja dancers, ćwiczą tańce i opracowują każdy ruch.

Za organizację uroczystości odpowiedzialni są katechiści i wspólnota parafialna. Już myślą nad nagłośnieniem i nad tym gdzie będzie Msza. Wypożyczyliśmy kolumny i wzmacniacz, ja zaś zająłem się przygotowaniem oświetlenia. Ponieważ Msza będzie na zewnątrz, potrzebowałem trochę kabla. Oczywiście tradycyjnie, także i u nas będzie Msza o północy – pasterka, i kolejna Msza w dzień o 9.30.

W sobotę po obiedzie rozpoczęła się praca, aby wszystko było gotowe na czas. Dekoracje, ołtarz, nagłośnienie i światła. Inni przygotowywali całą oprawę liturgiczną. Zebrała się młodzież i ustawieni w dwa rzędy z bębnami i ze śpiewem maszerowali drogami Old Fangak. Także, co jakiś czas przechodził tłum ludzi z kościoła protestanckiego ze swoim śpiewem i bębnami. Trochę to wyglądało jak zawody, kto głośniej.

Wieczorem trzeba było coś ugotować na Wigilię – standardowe menu, ryż z fasolą, ale brat Jacek dodatkowo ugotował budyń z ciastkami, to żeśmy poświętowali.

Naszą eucharystię rozpoczęliśmy o 23.30. Po pozdrowieniu tłumu rozpoczęło się przedstawienie pokazujące Narodziny Chrystusa, wszystko zorganizowane tak, aby moment narodzin wypadł około północy. Dobrą decyzją było zorganizowanie Mszy na zewnątrz, przyszedł prawdziwy tłum ludzi. Powoli zlatywały się także do rozświetlonych żarówek owady. W pewnym momencie ołtarz był w owadach a w kielichu kilka much. Jednak cała oprawa i radość sprawiały, że nikomu to nie przeszkadzało. Pasterkę skończyliśmy około 2.00. Pozostało kilka godzin snu i zebraliśmy się ponownie na Mszy w dzień. I tym razem ludzie nas nie zawiedli i choć zmęczeni i niewyspani jeszcze większy tłum zebrał się przed kościołem na Mszy. Tym razem zamiast owadów, mięliśmy palące słońce. Eucharystia była długa i radosna, były przemówienia i podziękowania. Wszystko trwało ponad trzy godziny, których tak naprawdę nikt nie liczył.

Wieczorem zaprosiliśmy ludzi na film, Nativity, aby jeszcze bardzie przybliżyć ludziom ten szczególny czas Bożego Narodzenia.

 

17 styczeń 2017

Nowy rok, planowanie i kolejne znaki zapytania

Tak to niespodziewanie Święta minęły i rozpoczął się dla nas wszystkich „czas zwykły”. Nie tylko przypomina nam o tym kolor zielony podczas liturgii, ale także to, że każdy z nas powrócił do codziennych zajęć. Także nasza wspólnota w Old Fangak rozpoczęła nowy rok od planowania.

Mięliśmy na początku stycznia spotkanie z naszymi katechistami ze wszystkich kaplic. Oczywiście każdy musiał zdać sprawozdanie z poprzedniego roku ze swojej działalności, ale także musieliśmy zaplanować rok 2017. Już wiem, że i dla mnie będzie to ciężki rok, pełen wyzwań, jeśli chodzi o pracę pastoralną. Dodatkowo, w tym roku moim współbraciom przysługuje trzy miesięczny urlop, więc będę musiał niektóre rzeczy nadrabiać za nich.

Praktycznie mój rok to na zmianę, miesiąc w domu w Old Fangak i miesiąc odwiedzając kaplice w buszu. Także większe święta patronów niektórych kaplic ludzie chcą przeżywać z kapłanem, więc będzie dużo chodzenia. Wszystko jednak w rękach Pana Boga, aby ustrzegł od chorób i dodał sił.

Ten rok także przyniósł nam wiele znaków zapytania i niepewności. Do Old Fangak można dostać się tylko lotem ONZtu (WFP). Jednak niedawno wystosowali nam pismo, że przewożą tylko ludzi organizacji pozarządowych, czyli NGO – my taką organizacją nie jesteśmy i kazali nam zarejestrować się, jako NGO. Cóż, dostaliśmy pismo, na które odpowiedzieliśmy, czy możemy być zarejestrowani, jako Organizacja Religijna. Nikt nam jednak na pismo nie odpowiedział i na szczęście dalej sprzedają nam bilety na przelot. Jest to bardzo skomplikowana sprawa, ponieważ będąc zarejestrowanym, jako NGO w przypadku opuszczenia kraju wszystkie dobra przejmuje rząd. Kościół czy parafia nie ma jednak nic wspólnego z Organizacją Pozarządową. Nie wiemy jednak jak długo ONZ pójdzie nam na ugodę, mam nadzieję, że pewnego dnia nie utkniemy w miejscu.

Małymi krokami zbliża się okres pory suchej. Jest to kolejny moment niepewności dla ziem objętych przez wojsko opozycji. Nasza misja w Leer, która została zrównana z ziemią a nasi misjonarze zepchnięci do wioski Nyal, przechodzi już ponad pół roku terror ze strony wojska rządowego. Nikt o tym nie mówi, każdy milczy, każdy się boi. Ludzie powoli są wybijani, jedni mówią o ludobójstwie drudzy, że nic się nie dzieje. Czas pory suchej się zbliża, a rząd każe ewakuować wszystkie pomoce humanitarne z tego rejonu. Nasi współbracia z Nyal ledwo dostali się do Dżuby i nie wiadomo czy w ogóle uda im się wrócić z powrotem do Nyal. Jedni mówią, że pomoc w tym miejscu nie jest już potrzebna, bo sytuacja się uspokoiła – inni zaś, że coś się szykuje, a obcokrajowcy mają nie widzieć, co się będzie działo. W ostatnich miesiącach media już dawno zostały uciszone. Kilku dziennikarzy zabitych, wiele stacji radiowych zamkniętych, także i do naszej rozgłośni – Radio Bakhita wkroczyło wojsko.

Dzieli nas od Leer rzeka Nil, mokradła i rozlewiska Nilu oraz z dwieście pięćdziesiąt kilometrów, ale to także tereny opozycji. Ludzie nas uspokajają, tutaj nie dotrą. Jednak według rządu, z opozycją się nie dialoguje, ich się wybija, plus rodziny i dzieci przynależące do ich plemienia.

Jestem obecnie w Dżubie na spotkaniu prowincji do 20go stycznia, więc Niedzielę spędziłem z posługą w Obozie dla Uchodźców. Patrząc na tych ludzi i na to jak mieszkają obtoczeni siatką, wojskiem w niebieskich hełmach, schronami, wieżyczkami i zasiekami pytam się tylko, jak długo jeszcze, co tym ludziom powiedzieć na kazaniu, jaką im dać nadzieję.

 

18 Luty 2017

Praca Pastoralna – Bierzmowanie

Czas wojny w Południowym Sudanie nie pomaga nam w prowadzeniu pracy pastoralnej. Większość ludzi musi żyć bez sakramentów, ponieważ na ich terenie obecny jest tylko katechista. Jednak pomimo tych wszystkich trudności staramy się służyć jak największej ilości ludzi.

Dwa tygodnie temu zamieszki zrodziły się na terenach Kajo Keji. Jak ktoś śledzi mojego bloga to opisywałem ten teren w 2013 roku, kiedy to z radością mogłem informować o powstających studniach i o naszym zaangażowaniu w edukację. Jeszcze do niedawna wysyłaliśmy do tej szkoły naszych uczniów z Old Fangak. Obecnie tereny Kajo Keji opustoszały a ludność musiała szukać schronienie w Ugandzie. Jeden z naszych ojców pisał tydzień temu, że na Niedzielnej Mszy pojawiło się zaledwie kilka osób. Wspólnota postanowiła przenieść się razem z ludźmi. Obecnie nasi misjonarze służą uchodźcom w Ugandzie i okazjonalnie przyjeżdżają do Kajo Keji z posługą. Jednak złe wiadomości ich nie opuszczają. Ostatnio zastrzelili kilka osób obok jednej z kaplic, w tym jednego z katechistów. Przykro słyszeć, że nasi misjonarze stali się uchodźcami, aby służyć uchodźcom. Obecnie sytuacja się powoli uspokaja, zamieszki ucichły, ale ludzie niechętnie chcą wracać do Kajo Keji z powodu strachu i poważnego problemu ekonomicznego.
Problem ekonomiczny każdemu daje się we znaki. Dwa tygodnie temu udało nam się załadować łódź materiałami budowlanymi, abyśmy mogli zbudować dodatkową klasę, włożyliśmy kilka worków z żywnością i materiały do warsztatu, aby zadbać o nasz blaszany dom. Jednak po paliwo kolejki długie, czeka się po kilka godzin, a łódź na dotarcie do Old Fangak potrzebuje ok 15 beczek. Więc łódź wciąż czeka w Dżubie, a my czekamy w Old Fangak.

Wracając do naszej pracy pastoralnej, problem paliwa ma także wpływ na wypiek komunikantów. W Dżubie, przy katedrze jest jedno miejsce, gdzie starsza kobieta wypieka komunikanty i je sprzedaje. Ale robi to dla większości diecezji i jest uzależniona od paliwa, aby generator zasilił piec. Dosłownie dzień przed moim wylotem udało mi się zdobyć karton, więc na święta wystarczy. Potem zobaczymy, mam nadzieję że nie będzie sytuacji gdzie ludzie nie będą mieli możliwości przyjęcia komunii.

Południowy Sudan oprócz wielu problemów cierpi także na brak biskupów. Trzy diecezje nie mają biskupa, w czym nasza diecezja nie ma biskupa już od kilku lat. Obecnie w naszej diecezji, Malakal posługuje administrator apostolski, ks. Roco Taban. Ostatni raz odwiedził Old Fangak w 2011 roku. Od czasu, kiedy Malakal zostało zajęte przez armię rządową, 120km od nas, i stało się wygasłym miastem militarnym a dom biskupa zamieszkały przez wojsko, wszyscy księża diecezjalni przenieśli się do Dżuby. Niekiedy na święta odwiedzają większe parafie. Na terenie całej diecezji Malakal jesteśmy prawie jedyni, którzy pozostali i kontynuują pracę.

Tak to z powodu braku biskupa oprócz podstawowych sakramentów, udzielamy także bierzmowania. Ostatnia niedziela była dla mnie wyjątkowa, ponieważ po raz pierwszy udzieliłem Bierzmowania 11 osobom. Moment ten napełnił mnie wielką radością, ponieważ pomimo tych wielu trudności możemy nieustannie służyć ludności Nuer. Pomimo wojny, dalej chrzcimy, spowiadamy, odprawiamy eucharystię, głosimy kazania, odwiedzamy chorych, bierzmujemy… Utwierdzamy ludzi w wierze, dodajemy otuchy i wspomagamy w trudnościach. Był to szczególny moment dla tych osób, na których zstąpił Duch Święty ze swoimi szczególnymi darami. Dary, które w naszym życiu chrześcijańskim tak bardzo są potrzebne. Modląc się nad każdym z tych osób i nakładając krzyżmo święte modliłem się o moc dla nich, o otwartość serca, o odwagę w trudnościach, o mądrość w podejmowanych decyzjach…

 

2 Marzec 2017

Msza w wiosce Wanglel i Środa Popielcowa

Wioska Wanglel

Niedzielę postanowiłem spędzić w niedalekiej wiosce. Ponieważ wioska leży 13 km od Old Fangak najlepiej wyruszyć w sobotę po obiedzie i wrócić w Niedzielę po Mszy. Tak też postanowiliśmy i zaczęliśmy podstawowe przygotowania.

Na pewno była to rozgrzewka przed zbliżającą się konkretniejszą moją podróżą, gdzie będę w buszu ponad miesiąc, obchodząc część kaplic należących do naszej parafii. Tam też spędzę święta Paschalne.

Choć to tylko jedna noc i tak z podstawowych rzeczy nie mogłem zrezygnować. Każdy przypominał mi, pamiętaj o papierze toaletowym. Dodatkowo, dwa prześcieradła, moskitiera, przybory do Mszy – czyli mały ksiądz (komunikanty, trochę wina), woda, latarka, i podstawowe przybory oraz ubrania. Noce wciąż zimne, więc i polar się przyda.

Podróż nie trwała długo, trzy godziny szybkiego marszu wraz z przeprawą kanuprzez rzekę. Ludzie będąc wysocy i mając dłuższe nogi ode mnie maszerują bardzo szybko, wydaje mi się, że gdzie oni robią jeden krok, ja robię dwa. Dla nich to dodatkowo chleb powszedni – wszędzie całe życie poruszali się na nogach. Ja zaś cały spocony cicho zipałem za nimi starając się utrzymać tempo. Ponieważ jesteśmy w trakcie kursu dla katechistów, poszło ze mną czterech. Jeden z nich niósł radio, z którego wydobywały się wiadomości BBC, raz po arabsku i raz po angielsku. Trochę przypominało mi to moje podróże samochodem przy włączonym radiu, jednak tym razem było to bardziej męczące.

Po dotarciu na miejsce przywitała nas wspólnota, a wchodząc do kaplicy poproszono mnie o błogosławieństwo dzieci. Następnie udaliśmy się do pobliskich chat, do domu katechisty, Jana. Choć wioska znajduje się w pobliżu rzeki, i prawie wszyscy udali się na kąpiel w rzece, dla mnie przygotowany został parawan a kobiety przyniosły mi wodę z rzeki – tak to i rzeka „przyszła” do mnie. Ludzie mówią, że nie wypada, aby ojciec kąpał się w rzece. Nic, ze smutkiem ochlapałem się wodą z miski za dziurawym parawanem – a taką miałem ochotę sobie popływać ;(

Po chwili podarowano nam kozę, którą od razu zabito i przekazano kobietom, które zaczęły przygotowywać kolację. Po chwili zaczęły się rozlegać odgłosy krów, które powracały z pastwisk. Pomiędzy nimi zostały rozpalone ususzone krowie odchody, które stworzyły między krowami łunę dymu, mające odstraszyć insekty i komary. Wieczorem, po zachodzie słońca, jako przystawka przyniesiono nam pieczone mięso, potem danie główne, gotowane mięso i sorgo.

Niedzielę rozpoczęliśmy od herbaty i kawy. Poranki są jeszcze bardzo chłodne. Siedząc przed chatą obserwowałem dzieci, które grzały się przy wciąż rozżarzonych odchodach, prawie na nich leżąc, dziewczynki zaś krzątały się z miskami i garczkami przygotowując jedzenie. Potem przyniesiono nam wal wal, sorgo i dzbanek zsiadłego mleka, mniam. Czekając na Mszę, rozglądałem się po okolicy. Krowy opuściły kraal, czyli specjalne miejsce przed chatami, zaś chłopcy rozpoczęli swoją poranną pracę – czyli zbieranie i rozkładanie krowich placków na słońcu, aby można było je rozpalić wieczorem. Potem wszyscy zaczęli się przygotowywać na Mszę i zapełniać naszą kaplicę.

Ludzie bardzo pomysłowi, jako ołtarz ustawili potężną zamrażarkę. Szkoda, że nie chodziła, bo bym miał nawet Mszę z klimatyzacją. Ostatnią Mszę w okresie zwykłym połączyłem z poświęceniem popiołu i symbolicznym posypaniem głów. W środę mnie już nie ma, ludzie zajęci – a tak stworzyłem im okazję uczestniczenia w tej pięknej i znaczącej tradycji.

Po Mszy dostaliśmy ugotowane mięso z plackami z sorgo i mięliśmy trochę czasu, aby odpocząć i przeczekać najgorętsze słońce. Wyruszyliśmy o 16:00 wieczorem – kolejne 13 km – a dotarliśmy do domu o 19:00 – słońce już zaszło. Po godzinie odczułem zmęczenie i ból nóg – chyba jeszcze nie jestem do tego przyzwyczajony.

 

Środa Popielcowa w Old Fangak

Także i u nas w Old Fangak, tradycyjnie w środę rozpoczął się okres Wielkiego Postu. Na pewno dla każdego z nas czas ważny na zastanowienie się nad swoim życiem. U nas ciężko mówić o wyrzeczeniach na ten czas. Obecnie w całym Południowym Sudanie panuje wojna i głód.

Cena worka sorgo 25kg wzrosła z 5.000ssp do 13.000ssp czyli 100 dolarów, niewiele osób na to stać – jeżeli sorgo jest dostępne na naszym targu. Ludzie mogą oczekiwać tylko pomocy z zewnątrz. Obecnie ta pomoc jest udzielana przez Czerwony Krzyż i mamy nadzieję na otrzymanie pomocy od ONZ (WFP). Ponieważ rząd blokuje każdą dostawę żywności na te tereny opozycji, ciężko jest cokolwiek dodatkowo sprowadzić. Zeszły rok był dla ludzi tragiczny, ponieważ poprzez powodzie – podwyższony poziom rzeki i zalane pola, ludzie zostali z pustymi spichlerzami. Nie zebrali nic. W innych częściach Południowego Sudanu ludzie musieli opuścić pola i uciekać przed wojną. Nasza łudź, z materiałami budowlanymi i kilkoma kartonami puszek z żywnością dotarła do nas dzisiaj – jest więc nadzieja, że będzie można coś sprowadzić rzeką ze stolicy i pomóc ludziom. Planujemy sprowadzić całą łudź żywności, rozpocząć dożywianie dzieci w szkole podstawowej i pomóc najbardziej potrzebującym. Mamy nadzieję, że się uda.

Tak to w takiej sytuacji rozpoczynamy Wielki Post i pomimo tego cierpienia chcemy przeżyć ten czas w kontemplacji i duchu modlitwy. Może ta ciężka sytuacja pomoże i nam nad zastanowieniem się nad własnym życiem. Co mogę w nim polepszyć, z czego zrezygnować, jak mogę bardziej ofiarować siebie?

 

24 Marzec 2017

Codzienność

Czas na naszej placówce misyjnej powoli idzie do przodu. Dzień za dniem, który nie przynosi większych nowości. Czasami może i nawet rutynę codziennego życia. Modlitwa poranna 6.45, Msza 7.00, śniadanie, które nie przynosi nowości i składa się z kawy i kilku herbatników – a może coś zostało z kolacji, więc przeglądamy wszystkie garnki. Trwa u nas kurs dla katechistów, więc o 9.00 mam spotkanie na temat prawd naszej wiary. Jeszcze język idzie kiepsko, więc korzystam z pomocy tłumacza. Następnie naprawy w domu, których nie ma końca. Musimy się przygotować do pory deszczowej, więc kolej na naprawę rynien. Udało nam się zbudować kaplicę, ogrodzić ogródek, który jeszcze wygląda jak pustynia i postawić nową klasę dla uczniów. Dodatkowo coś się popsuje, coś spali albo coś cieknie. Niestety jak coś brakuje to nie da się podskoczyć do sklepu, bo następny sklep jest w stolicy. W międzyczasie ktoś z nas musi pomyśleć, co ugotować. Trochę nam się poszczęściło, bo oprócz puszek, które są podstawą naszego menu dostaliśmy kilka pomidorów i cebulę. Nasze kury też się sprawują i mamy 4 jajka dziennie. Ponieważ nie ma gdzie kupić butli z gazem gotujemy jak lokalna ludność na węglu drzewnym – ale za to jest pomoc – benzyna. Po obiedzie trochę odpoczynku, ale upał jest nie do zniesienia a nasze metalowe pokoje rozgrzane. Następnie staram się powiększać moje słownictwo języka Nuer czy posiedzieć z ludźmi, wyłapując słówka i próbując coś zrozumieć. Zdarza się, że rodziny zapraszają nas do siebie na kolację i odwiedziny połączone z modlitwą. O 7.00 robi się ciemno, więc znów trzeba coś upichcić. Znalazłem metalową skrzynię, lekka modyfikacja węgiel drzewny do środka i czasami piekę chleb czy pizzę. Wieczorem trochę rozmawiamy, może zagramy w jakąś grę planszową, obejrzymy film albo idę do pokoju i kontynuuję lekcje języka. Lokalne dzieci urozmaicają nam noc swoim śpiewem i zabawami.

Wiele się mówi na temat Południowego Sudanu i wiele osób mnie pyta jak tam jest. Jednak nasza misja jest odcięta od reszty. Czuję jakby pan Bóg otaczał nas swoją opieką. Nie odczuwamy wojny i nie słyszymy odgłosów karabinów. To, co wojna nam przynosi to tylko czas na pobór młodych do armii albo nowina, że ktoś został zastrzelony, albo ranni w szpitalu. Głód jest odczuwalny, ale nie ma jeszcze sytuacji, żeby ktoś u nas zmarł z głodu. Jest niedożywienie. Ostatnio przypłynęły łodzie z sorgo, więc sklepy są pełne worków. To, co obecnie brakuje to pieniądze na ich kupno a ich cena się podwoiła.

Dla nas zbliża się czas odwiedzin naszej parafii, więc każdy z nas Alfred, Gregor i ja idziemy do centrów gdzie spędzimy święta. Jest to czas na chrzty, bierzmowania, katechezy. Spędzamy poza domem około miesiąc, idąc z wioski do wioski. Na pewno po tym czasie coś więcej napiszę. Po powrocie będę ponad dwa miesiące sam na misji, bo dla Alfreda i Gregora przyszedł czas na wakacje (ja już za niecałe dwa i pół roku). Dojdzie mi uczenie w szkole klas 7 i 8. Dodatkowo wszystkie inne sprawy i odwiedziny wiosek.

Proszę, więc Was o modlitwę za mnie i ludzi, dla których tutaj jestem. O siłę i zdrowie abym mógł im służyć jak najlepiej. Wyruszając na wioski w przyszłym tygodniu zabiorę ze sobą wszystkie wasze intencje, radości i problemy.

 

22 Kwiecień 2017

Święta, święta i po świętach

Święta, święta i po świętach. Zaczął się czas prania i sprzątania po moim powrocie. A ponieważ jestem sam na misji, mam pod sobą parafię i klasy 7 i 8 szkoły podstawowej. Jednak wciąż wracam myślami z przebytego czasu na terenach Mareang, gdzie spędziłem moje Święta Wielkanocne.

Spakowany i gotowy, czekałem na temat wieści, kiedy znajdzie się łódź, która zabierze mnie to Widier (okolice Toch, gdzie w zeszłym roku spędziłem święta Comboniego). Okazało się, że nie czekaliśmy długo, czwartek 30 marca, z samego rana łódź była gotowa. Oczywiście nic to nie mówi, ponieważ łódź odpłynie, kiedy będzie pełna. Siedzimy w metalowej balii i czekamy. Już kolejny raz mam szczęście, że przewożą worki z sorgo, więc mam na czym usiąść. Wypływamy. Mija kilka godzin, spędzonych na wijącym się nilu, raz w prawo, raz w lewo. W pewnym momencie rozpędzamy się, wpływamy w trzcinę, po czym rozpoczyna się długie jezioro. Ponieważ jest to stojąca woda, widać jedynie płytę zielonej roślinności. Łódź szoruje po wodorostach, a silnik co chwilę gaśnie bo o śrubę coś się owinęło. Jednak po godzinie wodorosty znikają i płyniemy dalej szerokim jeziorem do naszego celu, kolejna godzina i docieramy do Widier.

Pierwszy tydzień spędzam w kaplicy Widier, zaś śpię w chacie katechisty, który jest moim przewodnikiem i tłumaczem. Czas przebywania we wioskach nie jest tak intensywny jak w Old Fangak. Jest czas na odpoczynek, rozmowy z ludźmi, książkę, czy modlitwę. Nasz rytm to: rano herbata, następnie odwiedziny i błogosławieństwo rodzin i domostw, następnie wracamy do chaty gdzie żona katechisty Jeremiasa, Marta podaje nam posiłek – jest ok 11.00. Następnie szukamy cienia, aby przeczekać najgorętszy czas dnia. O 16.00, w kaplicy pod drzewem i kilkoma krowimi czaszkami które służą dzieciom jako krzesła, różaniec albo Msza. O 19.00 robi się ciemno, znowu posiłek z kuchni Marty. Następnie prysznic przy gwiazdach pod gołym niebem. Jest wiadro wody z jeziora, więc nie jest źle, kobiety pamiętają o mnie. Następnie walka z komarami i ucieczka pod moskitierę. Krótka lektura przy żarówce podłączonej do baterii i spać. Na tych terenach nie ma studni, więc ludzie piją wodę z rzeki, więc dodatkowym zadaniem było dla nas oczyścić wodę, która brązowa po wrzuceniu specjalnych tabletek czy proszku robi się czysta i zdatna do picia.

Na czas, kiedy misjonarz przebywa w danej kaplicy, cała wspólnota angażuje się, aby go ugościć. Kobiety z legionu Maryi przynoszą wodę i czasami gotują. Piotr, starszy człowiek z pobliskiego domostwa, ekspert w łowieniu ryb, prawie codziennie przyniesie jakąś dużą rybę, wyłowioną z sieci albo upolowaną dzidą. Dodatkowo w menu misjonarza jest, sorgo z rybą, sorgo z zsiadłym mlekiem, sorgo z gorącym mlekiem czy sorgo z kurą – raczej nie ma samego sorga.

Widać, że ludziom obecnie nie jest łatwo. To czym mnie goszczą to to samo sorgo z pomocy humanitarnej, które sami obecnie jedzą, swojskie tylko mleko. Ciężko o cukier, herbatę czy sól.

Tydzień bardzo szybko zleciał zaś podczas Mszy niedzielnej, Piotr, jeden ze starszyzny, poważany człowiek i bardzo znany, który obdarowywał mnie rybami powiedział: „Dziękuję ojcu, że jest ojciec z nami, że możemy uczestniczyć we Mszy św. Jest ojciec dobrym człowiekiem, który zrezygnował ze wszystkiego, opuścił swój kraj, rodzinę i przybył ojciec do nas do Widier i nawet je ojciec to co my – czyli to niedobre sorgo z pomocy humanitarnej(naprawdę różnica jest duża między tym kupnym sorgo czy uprawianym, a tym dostarczonym przez pomoc, Czerwony Krzyż, czy WFP-UN)”.

Pod koniec tygodnia dostaliśmy informacje, że rozpoczęto zrzuty żywności w Old Fangak i dystrybucję – dobrze, bo ludzie czekali na to od długiego czasu, źle dla mnie bo większość ludzi opuściła domostwa. Musiałem więc zrezygnować z dwóch wiosek i skrócić mój pobyt, bo ludzie nie byli gotowi aby mnie przyjąć i zająć się mną.

Jednak kontynuujemy nasz główny plan i przemieszczamy się z Widier do Toch. Spędzam kolejny tydzień w chacie, która jest prowadzona jako „hotel”. Rodzina wybudowała trzy chaty i je wynajmuje. Zaś nasza wspólnota, czyli kobiety, jak Elizabeth, dbają aby była herbata, kawa i jedzenie. Plan bardzo podobny. Odwiedzamy rodziny i oczekujemy razem Niedzieli Palmowej. W Niedzielę przyszli ludzie z pobliskich wiosek, młodzież i rodziny. Tradycyjnie poświęciliśmy Palmy i odprawiliśmy razem Mszę na terenie szkoły pod drzewem.

W poniedziałek wróciliśmy do Widier i we wtorek przemieściliśmy się do Nyadin – przepływamy kanu na drugą stronę jeziora, następnie godzinę drogi przemieszczamy się piechotą. Teraz mieszkam w domu katechisty Stivena. Jego brat mieszka obok, zaś przed chatą nocują krowy. Tutaj troszkę bardziej mogłem poznać codzienne życie rodziny Nuer i poznać bliżej język.

Język wciąż jest skomplikowany, wymowa bardzo trudna i wiele słówek do zapamiętania. Gdy ludzie coś przy mnie dyskutowali wciąż nic nie rozumiałem, jednak staram się osłuchać i wyłapać kontekst. Z ciekawostek i bogactwa słówek: krowie odchody mokre – wääryaɳ, krowie odchody suche – koä, krowie odchody suche rozdrobnione – tiop, krowie odchody po drugim suszeniu – puoy, krowie odchody spalone – wigual. Wszystko inne, co dotyczy kultury Nuer czyli jest związane z budową chaty, czy sadzeniem i zbieraniem sorgo czy kolorem krów – każdy kolor krowy ma swoją nazwę, kozy także – ma baaaardzo rozbudowane słownictwo. Każdy pamięta kolory wszystkich swoich krów. Do tego dochodzi zapamiętanie tego samego słówka liczba pojedyncza, liczba mnoga, genetiwu i miejsca, często każde różni się od siebie.

Tym razem moją uwagę przyciągnęła codzienna praca dzieci. Dziewczynki przeważnie spędzają czas w chacie dla kobiet gdzie gotują, jedzą i śpią, dodatkowo doją krowy czy chodzą po sorgo czy wodę. Chłopcy mają czas na pracę przy krowach rano i wieczorem. Rano pobudka przy wschodzie słońca, krowy jeszcze śpią a dym między nimi powoli przygasa. Czekają teraz aż krowy się obudzą, a kobiety skończą dojenie. Następnie krowy opuszczają tzw. kraal, czyli miejsce gdzie śpią. Wszystko wykonywane jest pod okiem ich ojca, który ich upomina, gdy coś wykonują nie tak. Następnie żwawo zbierają krowie odchody i rozdrabniają, aby słońce je wysuszyło. Pod koniec dnia suche krowie odchody są zbierane i usypane w różne miejsca między krowami. Po zachodzie słońca są podpalane, a rozżarzone stwarzają kopułę dymu nad śpiącymi krowami, co odgania komary i latające owady. Chłopcy muszą być czujni i odganiać inne byki zbliżające się do byka z ich kraala. Ostatnio dwa byki miały potyczkę i jeden poległ – my zaś dzięki temu nacieszyliśmy się jego mięsem.

Moja chata jest tak rozgrzana, że nocuję poza nią – łóżko na zewnątrz, moskitiera na cztery kije i w świeżym powietrzu przy pełni księżyca śpi się super, dodatkowo można nacieszyć oko milionami latającymi świetlikami. W nocy pojawiają się hieny i dziwne odgłosy z pobliskiego drzewa, ale nikt mnie nie chciał zjeść.

Oczekujemy Triduum Paschalne i codziennie odwiedzamy rodziny. Nyadin jest tak rozległe, że potrzebuję na to kilka dni, a i tak to było za mało. Wielki Czwartek odprawiłem w ciemnej kaplicy, gdzie dach jest podparty kilkoma drewnianymi belkami. Małe okienka dawały mi trochę światła, ale i tak niewiele było widać. Choć tego dnia przyszła garstka ludzi to i tak była to dla mnie okazja na podziękowanie za dar Eucharystii i kapłaństwa. Nie było podziękowań, życzeń czy kwiatów, ale to wszystko było w mym sercu i byłem pewien, że w Polsce każdy, kogo znam pamięta o mnie w modlitwie.

W Wielki Piątek przyszła większa liczba ludzi, jednak dla każdego była to nowość – bez Mszy, inna liturgia, adoracja krzyża. Dziwne dla każdego było, że muszą całować krzyż. Uśmiechałem się troszkę, bo nie wiedziałem, że trzeba ludziom wytłumaczyć, co to znaczy pocałunek. Jednak każdy oddał cześć krzyżowi przez pocałunek, polizanie czy dotknięcie nosem.

W Wielką Sobotę oczekiwałem na ludzi z pobliskich wiosek. Zaplanowaliśmy naszą uroczystość Paschalną na 19.00, jednak rozpoczęliśmy o 21.00. Oczywiście nie była to uroczystość jak w naszych kościołach. Pobłogosławiłem ogień, zrobiliśmy uroczystą procesję i rozpoczęliśmy liturgię słowa. Jedna żarówka oświecała ołtarz i przyciągała niezliczoną liczbę robactwa. W oddali w lekkim świetle wyłaniał się tłum ludzi, który przybył na uroczystość. W pewnym momencie miałem trudność w czytaniu Ewangelii przy świetle latarki, ponieważ zasłaniały mi muszki, komary i inne latające owady, niektóre wchodziły pod albę inne już czułem na plecach. Ubrałem się w cierpliwość i dotarłem do końca Ewangelii. Dla mnie była to wyjątkowa uroczystość, ponieważ były tej nocy także chrzty. Po wyczytaniu wszystkich imion do ołtarza podeszło dziewiętnaście osób chętnych do wejścia w grono naszej wspólnoty chrześcijańskiej. Cóż jeszcze wyjątkowego – podeszły matki z dziećmi, dorosłe dzieci, młodzież oraz starsza niewidoma kobieta prowadzona przez członka legionu Maryi. Chyba największą radość przyniosła mi ta kobieta – starsza, niewidoma, ledwo poruszająca się, która przyjmowała święte oleje katechumenów, krzyżma, która została polana wodą i ochrzczona, która pierwszy raz przyjęła pana Jezusa do swego wnętrza. Na pewno było to wielkie świadectwo dla tych wszystkich starszych osób, które wciąż są daleko od kościoła, nieochrzczone.

Odprawiając Eucharystię przy świetle żarówki, w pewnym momencie czułem się jakbym koncelebrował z modliszkami, które kręciły się naokoło kielicha i hostii wyłapując małe muszki. Może to była ochrona, która przybyła na pomoc. Zakończyliśmy naszą uroczystość Paschalną około 1.00. Niedziela zgromadziła jeszcze większą ilość ludzi i choć odprawialiśmy Mszę pod drzewem przy silnym wietrze, nie zakłóciło nam to wyrażania naszej radości w spotkaniu ze Zmartwychwstałym. Po Mszy dotarła do nas wiadomość, że rodzina w Widier straciła bliską im osobę w Kongo i prosili, abym przybył i pomodlił się z nimi. Oczywiście spakowałem moje rzeczy i wróciłem do Widier.

W poniedziałek odprawiliśmy krótką liturgię słowa z modlitwą za zmarłego. Był to dobry czas na połączenie śmierci i zmartwychwstania, na które wszyscy z nas czekają, na spotkanie Ojca naszego twarzą w twarz. W Widier spędziłem kolejne dwa dni czekając na łódź, którą wróciłem do Old Fangak.

 

11 Maj 2017

Kilka dni temu

W Old Fangak spadł pierwszy deszcz. Jednak nie jest on tak bardzo obfity i wciąż nie jest w stanie zasklepić wszystkie pęknięcia w ziemi, gdzie niektóre są tak głębokie, że nie widać dna. Więc wciąż trzeba podlewać drzewa, aby dotrwały do pory deszczowej – czyli jeszcze z miesiąc. Mój ogródek nie przynosi owoców, ale tak naprawdę nie mam na niego czasu, ponieważ będąc sam na misji, mam modlitwy i odwiedziny wiosek. Więc po moim posadzeniu pomidorów, papai czy szpinaku ujrzałem tylko trawę i chwasty.

 

Kwoinlo i modlitwa za naszego zmarłego katechistę

Ostatnio wybyłem się na kilka dni do wioski Kwoinlo, ponieważ zaprosiła mnie rodzina katechisty, Jakuba, który niedawno zmarł. Jak pisałem we wcześniejszych artykułach, dla ludzi modlitwa i wizyta ojca na tą okazję; czy to narodziny, czy powrót syna czy córki, czy dojście do zdrowia czy za zmarłą osobę … – jest bardzo ważna.

Historia naszego katechisty, który zmarł jest smutna. Chorował już od dłuższego czasu, miał silne bóle serca. W szpitalu dr. Jill, mógł dostać tylko środki przeciwbólowe. Tak to Jill z podejrzeniem raka wysłała go z listem do Chartumu – gdzie mógłby znaleźć bardziej specjalistyczną pomoc. W marcu Jakub rozpoczął drogę w stronę Sudanu i stolicy Chartumu. Jednak po dotarciu do Tunga, 47km po linii prostej od nas, rozpoczęły się krwawe walki. Siły rządowe weszły do miasta grabiąc i zabijając. Rozpoczął się chaos a ludzie zaczęli uciekać. Przy prawie stratowanym Jakubie została tylko jedna osoba z rodziny. Po pewnym czasie, postanowili się jednak przeprawić przez rzekę Nil. Jednak w połowie rzeki właściciel łodzi, ze strachu, odmówił dalszej podróży. Nie chciał się zbliżyć do miasta. Jest południe a słońce grzeje niesamowicie. Jakub tego słońca nie wytrzymał, wyczerpany zmarł.

Do jego rodzinnego domu miałem 20km piechotą. Wszyscy mnie pocieszyli, blisko – tylko 4 godzinki. Rzeczywiście droga nie była bardzo męcząca, ale i tak mi zajęła ponad 4 godziny. Z postojami 6. Rodzina już powoli się zaczęła zbierać. W jednym miejscu siedzi starszyzna, obok rodzina, dzieci się bawią, młodzież chodzi dookoła, a wszystkie kobiety siedzą przy chacie żony katechisty gotując, szykując herbatę czy rozdrabniając sorgo. Po przywitaniu się ze wszystkimi usiadłem i odpoczywałem. Choć wszyscy mówili mi, abym poszedł do chaty i się położył, nawet o tym nie myślałem. Niestety okazało się, że nie ma studni w tym rejonie – jedynie stojąca woda, której nawet nie widać, bo rośnie w niej trawa – a ja zapomniałem tabletek oczyszczających wodę. Cóż, może kilka dni ta brązowa woda mi nie zaszkodzi. Zresztą nie ma wyboru.

Ludzie są zawsze wdzięczni z obecności misjonarza. Każdy chce podejść i się przywitać, przynosząc herbatę czy kawę zawsze zaczną ode mnie – muszę wypić 2 albo 3 szklanki. Wieczorem katechista Tomasz, który mi towarzyszy, podszedł do mnie i powiedział, że starszyzna pyta ojca czy krowę, która jest ofiarowana na tą okazję ma być zabita w nocy czy jutro rano. Oczywiście dla mnie to bez różnicy – zróbcie według swoich zwyczajów – pamiętajcie jednak, że jutro niedziela i wszyscy mają być na Mszy a nie przy krowie. Wieczór urozmaiciła nam pieczona koza. Ponieważ noc była gorąca postanowiliśmy z Tomaszem, że spędzimy noc w jednaj z klas szkoły podstawowej, która nie ma jeszcze dachu i jest przewiewna.

Niedziela była męcząca, ponieważ mało co spałem. Chór zrobił sobie próbę, właśnie przy mojej klasie-sypialni i bębnili tak do północy. Kolejną atrakcją były krople deszczu o czwartej rano, po piętnastu minutach modlitwy, aby przestało padać i po niewysłuchanej modlitwie, bo mocniej padało uciekliśmy do pobliskiej pustej chaty z dachem. Rano przygotowania do Mszy, zaś około 10tej Msza pod drzewem. Trochę ludzi przyszło, bo zeszły się także pobliskie wioski. Po Mszy chwila odpoczynku i przemieściliśmy się do domu rodziny Jakuba – znajdującym się obok szkoły. Tym razem ludzi przybyło więcej, cała starszyzna i bliscy znajomi Jakuba – na takie modlitwy przychodzą także, protestanci czy muzułmanie, jak tacy są w rodzinie czy wśród znajomych. Modlitwa jest zawsze prosta, z jednym czytaniem, ewangelią, moją nauką i modlitwami spontanicznymi. Po tym są godziny przemówień. I tym razem nie brakowało tych, którzy chcą zabrać głos. Rodzina jest w wielkim smutku, ponieważ straciła już drugiego syna. Jakub odziedziczył żonę swojego brata. Po wszystkim starszyzna zdecyduje do kogo pójdą obydwie żony – Jakuba i brata.

Pod wieczór pokręciliśmy się po wiosce. Przeszliśmy od rodziny do rodziny, a że miałem ze sobą aparat to i każdy chciał zdjęcie: dojenie krowy – cyk, dzieci pijące mleko – cyk, starsze kobiety palące tabako – cyk; uśmiechnij się! – cyk; jakaś taka ponura była, cyk, cyk, cyk. Ok 389 zdjęć wystarczy.

Kolejny dzień był poświęcony na odpoczynek. Oczywiście na ile mogę odprawiam Mszę. I tym razem cała rodzina Jakuba była obecna, a przez to, że zorganizowaliśmy ją przy domu Jakuba to nawet i starszyzna. Tym razem całej rodzinie Jakuba udzieliłem specjalnego błogosławieństwa.

Po wieczornym posiłku chyba brązowa woda zaczęła się wdawać we znaki – rewolucja żołądkowa. Nie było źle, ale co jakiś czas musiałem odwiedzić wychodek. Kolejnego dnia z samego rana spakowałem mój plecak. Po pożegnaniu się ze wszystkimi i wspólną modlitwą poranną ruszyliśmy z Tomasem w drogę powrotną. Tym razem zmieniliśmy trochę trasę – wydawała mi się nawet ładniejsza. Jednak maszerując z problemami żołądkowymi nie należą do najłatwiejszych – czułem, że bardziej się męczę i opadam z sił. Wyszliśmy około 7.30 rano zaś zaczołgałem się na 13.00. Chyba tylko Thomas niosący mój bagaż i paracetamol mi pomógł. Wieczorem gorączka a kolejny dzień osłabienie. Wziąłem w razie czego leki na amebę i po 2 dniach przeszło.

Nawet po powrocie nie było ku radości, bo mysz mi skonsumowała 9 kurczaków a 2 kury zdezerterowały.  Kolejna praca – uszczelnienie kurnika, i tabletki oczyszczające wodę zawsze w plecaku.

 

Oblicze wojny

U nas choć spokojnie to i tak wojna odsłania swoje oblicza. Jak pisałem powyżej w marcu siły rządowe zdobyły miasto Tunga. Jest to bardzo strategiczne miejsce, ponieważ jest to miasto, dzięki któremu dostajemy dobra z północy (Chartumu). Jak opozycja straci Tunga, ludzie zostaną odcięci od świata. Ani żywność ani inne rzeczy nie dopłyną do Old Fangak. Opozycja musiała zrobić wszystko, aby odbić miasto. Po moim powrocie lokalne władze rozpoczęły mobilizację młodzieży – każdy, kto posiada broń musi iść na front. Wymianę ognia słyszeliśmy nawet tutaj w Old Fangak – rozpoczęli walki około 4 rano. Siły rządowe zostały wypchnięte z miasta, a u nas rozpoczęły się tańce radości.

W szpitalu dr. Jill i MSF znaleźli się ranni. Jako wspólnota naszego kościoła postanowiliśmy wspomóc ich małą ofiarą i poprzez modlitwę. W poniedziałek poszliśmy do szpitala modląc się z nimi i ofiarowaliśmy im trochę grosza na mydło czy cukier.

Jeszcze kilka dni temu siedziałem przy naszym domu znajdującym się przy głównej drodze i patrzyłem na tych młodych chłopaków niosących karabin i przerzuconą przez ramię amunicję. Szli. Co jednak było w ich głowie? O czym myśleli? Czy bali się? Poszli w nieznane, zostawili rodzinę nie wiedząc czy wrócą do domu i zobaczą swych bliskich. Mieli iść i walczyć.

Teraz patrzyłem na tych samych chłopaków postrzelonych w nogę brzuch, rękę, palce – była ich ponad dwudziestka. Pomodliłem się z nimi, nałożyłem na nich ręce i modliłem się, aby ta wojna się wreszcie skończyła.

 

14 Lipiec 2017

Powrót Buszmena

 

Kará

Czas leci niezmiernie szybko i nawet nie wiem, kiedy te miesiące zleciały. Ponieważ dostałem list od katechisty, że ich kaplica została ukończona i dobrze by było, abym ją poświęcił. Postanowiłem, że Zesłanie Ducha świętego będzie idealnym na to momentem.
Musiałem dostać się do Phom (ok 50km od Old Fangak), stamtąd zaś piechotą do Kara. Ponieważ zbliżała się niedziela zesłania, poinformowałem przez radio katechistę, że przybędę. Zacząłem czekać na lokalną łódź, czyli spakowany codziennie rano pytałem czy coś płynie w tamtym kierunku. W piątek udało mi się dostać na metalową balię. Jednak w połowie drogi zaczęło padać i zrobiło się zimno. Od razu ktoś rozłożył dwie potężne plandeki, aby się nimi nakryć i wszystko to co ze sobą zabraliśmy. Niestety siedziałem w miejscu gdzie plandeki się łączyły, więc miałem kilka godzin ręce w górze i plandeki w ręce, aby woda nie dostawała się do środka. Ponieważ pierwszy raz udawałem się w tamtą stronę wiedziałem tylko, że mam płynąć do końca. Jednak na trzecim przystanku, ktoś zaczął krzyczeć, habuna!! wysiadaj!!! Posłusznie wysiałem i uciapany w błocie szedłem za młodym mężczyzną. Okazało się że jestem w Wicmuon, czyli niedaleko Kara do którego zmierzałem. Nieźle, zaoszczędziłem kilka godzin podróży piechotą.
Ponieważ niektóre kaplice nie widziały misjonarza od roku albo i więcej była to zawsze okazja na spowiedź, chrzty i bierzmowania. Postanowiliśmy, że chrzty będą w Kara, a bierzmowanie w Phom z którego potem miałem podążyć do Jaibuor (ok 50km od Phom). Msza obok nowej kaplicy zgromadziła wielu wiernych, oczywiście nie obyło się bez tańców i śpiewów.

Czas, w którym rozpocząłem moją podróż nie jest najspokojniejszy, ponieważ jest to czas uprawiania pól i ludzie często są poza swoją wioską, przygotowując pole i siejąc kukurydzę i sorgum. W tym czasie ludzie mają co robić, bo widzieć dwie, trzy osoby jak kopią swoje pole które może mieć nawet hektar robi wrażenie. Jednak głód daje się we znaki a ten czas daje nadzieję na lepsze jutro. Jeszcze kolejne 3 miesiące postu i jak Bóg pobłogosławi przez najbliższy rok ludzie będą mieli co jeść. Każdy kopie, sadzi, patrzy jak rośnie i modli się, o deszcz i o to aby nie było powodzi.

 

Phom

W poniedziałek udałem się do Phom, co zajęło nam ze 3 godzinki piechotą. Miasto niegdyś duże i zaludnione, obecnie świeci pustkami. Naokoło lokalne chaty, część z nich opuszczone i rozwalające się oraz mały market gdzie ludzie spędzają większość czasu. Pamiętam, kiedy przepływałem przez Phom w 2008 roku. Pamiętam pełno ludzi, potężne 2 budynki: szkoła i szpital, wybudowana kaplica. Jednak wszystko w 2015 roku zostało zrównane z ziemią, a ludzie zostali zmuszeni do ucieczki i do życia w obozach dla uchodźców. Kolejna niedziela z bierzmowaniem pod drzewkiem. Oczywiście przyłączyły się do nas kolejne kaplice, co powiększyło wspólnotę Phom.

Musiałem oczywiście przywitać się i zaprezentować lokalnej władzy. Ponieważ jestem na granicy górnego nilu, jestem w miejscu niedawnych ataków i miejscu konfliktowym. Także w pobliżu Tunja, o którym pisałem wcześniej, że ostatnio (2 miesiące temu) zostało odbite z rąk sił rządowych (przypominam że pracuję na terenach opanowanych przez opozycję czy rebelię – plemię Nuer). Jednak jest spokojnie i nic nie pokazuje, żeby miało coś się wydarzyć. Oczywiście lokalna władza zaproponowała mi także pomoc w przemieszczeniu się do miasta Tunja i potem do Jaibour. (Nie podaję żadnych imion wojskowych i zdjęć, bo to miejsce wojny i mogę mieć problemy – władza nie lubi dziennikarzy i już kilku straciło życie)

Jednak nie czekałem na łódź długo, bo kiedy wyszedłem na market na moją szklankę gorącego mleka chay caak, spotkałem lokalne NGO – Self, które akurat w poniedziałek udawało się do Jaibour i mieli miejsce. Tak to znalazłem się w Jaibour po dwóch godzinach podróży szybką łodzią motorową. Do Jaibour przybyłem na święto Piotra i Pawła oraz na odwiedziny pobliskich centrów na które miałem 2 tygodnie.

Jaibour

Udało mi się jednak odwiedzić tylko jedno z naszych centrów, Manajang. Dwa inne centra nie były gotowe, aby mnie przyjąć z powodu braku ludności – większość opuściła swoje domostwa i udała się na pola. Do samej wioski Manajang nie jest daleko, dwie godziny piechotą, jednak gdy deszcz popada i droga zamieni się w wodę i błoto czas podróży trochę się wydłuża. Do swojego domu przyjmuje mnie rodzina katechisty, Piotra, który już od wielu lat służy kościołowi. Piotr jest już w podeszłym wieku, ale wciąż pełen energii – nie zniechęcił się nawet dając mi lekcje Nuer. W pewnym momencie zapytałem o nazwy koloru krów – i się zaczęło. Zapisałem 2 strony zeszytu – biała krowa w czarne kropki, yaŋ ma kwac, biała krowa z czarnymi plamami po bokach, yaŋ ma keer, krowa biała w czarne plamy yaŋ ma rial itd. itd. – docieram do stu, a to ciapki a to brązowa, a to w paski pod spodem, a to z rogami do góry, do dołu czy bez. W końcu mówię, chyba wystarczy.

Ponieważ nie ma kaplicy, niedzielna modlitwa w Manajang odbywa się przed chatą katechisty albo jak pada to w dużej chacie gdzie śpią krowy i kozy. Jednak deszcz nie pada i modlimy się pod drzewem. Kolejnego dnia udajemy się do rodzin, aby pobłogosławić domostwa. Wyruszamy wcześnie rano i przemieszczamy się od domostwa do domostwa. Czasami musimy czekać, bo ci którzy są na polu przy domu muszą się zejść, krótka modlitwa i wracają do uprawy ziemi. Po obiedzie dochodzimy do domu katechisty kolejnej naszej pobliskiej kaplicy. Krótka modlitwa, odpoczynek i droga powrotna. Nawet nie wiedziałem, że tak daleko się oddaliliśmy, bo droga powrotna zajęła nam godzinę. Mogłem trochę rodzinie Piotra urozmaicić wieczór bajkami Tom i Jerry z mojego telefonu, potem prysznic w 5l wody za chatą i pod moskitierę.

Kolejny dzień udajemy się na drugi koniec Manajang. Jednak po kilkuset metrach podlatuje do nas młody chłopiec i mówi, aby nie iść w tym kierunku z powodu panującego konfliktu i jest niebezpiecznie. Oczywiście wracamy do domu i czekamy, co się wydarzy. Minionej nocy niedaleko nas panowały tańce i zabawy – czasami związane z różnymi wierzeniami, gdzie co nieco już o nich wiedziałem. Jednak wszystko przemieniło się w konflikt dwóch rodzin – zaczęło się od bójki a potem doszła do tego broń. Cały dzień siedzimy na podwórku, a z pobliskiego buszu dochodzą, co jakiś czas, odgłosy karabinów. Kolejnego dnia Piotr postanawia abyśmy lepiej wrócili do Jaibour. Po drodze mijamy młodych ludzi z bronią i dzidami – wszyscy idący w kierunku buszu. Potem mijamy kolejnych, jednak idących w przeciwnym kierunku, do szpitala w Jaibour. Jeden postrzelony w brzuch, jeden w nogę, innemu kula przeszła przez policzki. W Jaibour mijamy kilku wojskowych, którzy dowiedzieli się o konflikcie i idą z nadzieją na jego rozwiązanie.

Uroczystość św. Piotra i Pawła przyciągnęła wielu wiernych. Kaplica, która jest dość duża zapełniła się po brzegi. Rozpoczęliśmy o godzinie 14.00, a skończyliśmy o 18.00, z 30 chrztami i 20 bierzmowanymi. Na pewno było to wielkie wydarzenie, bo w tej kaplicy ostatnia Msza była rok temu.

Kolejnego dnia wiedziałem, że żadna lokalna łódź nie zbliży się w to miejsce, zacząłem planować moją drogę powrotną. Rzeką to 100km, zaś przez busz na przełaj 48km – nie pocieszyło mnie to jednak. Pomyśleliśmy, że najlepiej będzie jak pójdę 3 godziny piechotą do Lerpiny, spędzę tam niedzielę i w poniedziałek 6 godzin do Old Fangak. W pewnym momencie przybiegł chłopiec z informacją, że lokalne NGO- Nile Hope udaje się łodzią do Phom. Nie myśląc długo spakowałem się i udałem się nad rzekę. Miejsce się znalazło i po dwóch godzinach byłem w Phom.

Phom

Pan Bóg ma swoje plany, ponieważ tego samego dnia wieczorem w pobliskiej wiosce, była modlitwa za chłopaka z kaplicy Phom, bardzo zaangażowanego w działalność kaplicy – który został zastrzelony w Jubie. Kolejny dzień niedziela i znów oczekiwanie na łódź albo 50km z buta. Z Phom liczyłem na większe zagęszczenie łodzi płynących do Old Fangak, jednak trochę w Phom zabawiłem. Poniedziałek MSF nie pomogło, wtorek MSF ma łódź pełną chorych (MSF ma pełno zasad, uregulowań, pozwoleń itp. – ciężko, aby pomogli) – więc czekam dalej. Na pewno to okazja na naukę języka, ale także ciężko jak patrzę na ludzi starających się mnie wyżywić w czasie dla nich bardzo ciężkim. Worek Sorgo 5 miesięcy temu kosztował 6000ssp, obecnie 15000ssp.

Siedząc i patrząc na ludzi przyciągnęła moją uwagę ich gościnność. Oczywiście do spożywania posiłku zawsze miałem pierwszeństwo, katechista i znajomi (cztery osoby) jedli jak ja skończyłem. Kobieta przyniosła porcję sorgum i kwaśnego mleka dla czterech osób i cztery lokalne łyżki, tuŋ. Zasiadają cztery osoby, które kupiły jedzenie. Po chwili podchodzi piąta, wita się i zapraszana jest na posiłek, jedna osoba dzieli swoją łyżkę z piątym, potem kolejne dwie podchodzą witają się i zasiadają do stolika z miską, każdy dzieli się łyżką. Trochę ciasno, ale nikt nie narzeka, każdy się śmieje i żartuje. W sumie każdy z nich zjadł niewiele ponad kilka łyżek.

Tak sobie na nich patrzyłem i myślałem o nas. Jak bym kupił sobie w restauracji porcję ziemniaków i schabowego i byłbym bardzo głodny i nagle podszedł by sąsiad i się dosiadł, potem inne dwie osoby i poprosiłyby kelnera o dwa widelce i jedliby z mojego talerza – miałbym mieszane myśli. Co to jest, przyszli na krzywego, zjedli mi wszystko, a ja dalej głodny i bez kasy. Moje ziemniaki i mój kotlet, kupione za moje pieniądze!!! Pokazali mi tym prawdziwe braterstwo i co to znaczy wspólnota.

Dopiero czwartek przyniósł wieść, że jest lokalna łódź. Udało nam się wypłynąć o 14:00, siedzę na jakimś worku, obok mnie sterta łóżek (najlepiej bym się położył, ale miejsca leżące zajęte), przede mną dwie lokalne łódki kanu. Ludzie jednak kolejny raz pokazują swoją gościnność – w pewnym momencie starsza kobieta wyciąga dwie paczki ciasteczek i wręcza mi jedną z nich: to dla Habuna (w języku nuer: ksiądz). Po drodze krótki postój, odwraca się lokalny sprzedawca z Chartumu, muzułmanin i wręcza mi kolejną paczkę ciasteczek. Dobrze że się wzmocniłem bo dotarłem do Old Fangak o 1:00 w nocy z całym obolałym siedzeniem. Kolejny dzień spędziłem bez siedzenia.

No nieeee. Minęło pięć tygodni, Internet dalej nie działa, mój ogródek pusty, trawa zarosła misję, mój pokój pełen pająków, kurczaki podrosły, a kot jak zawsze miałczy o jedzenie, choć nie wygląda na głodnego. Nareszcie w domu – znowu muszę zacząć gotować

 

6 Sierpień 2017

Trzy tygodnie przerwy – refleksja

Kiedy jestem w Old Fangak chyba nie ma czasu na przemyślenia na temat sytuacji panującej w Południowym Sudanie. Wciąż panujący spokój na naszych terenach sprawia, że nawet zapominamy o wojnie panującej w tym państwie. Niedawno sobie rozmyślałem, że jeśli ktoś mieszkający na terenach naszej parafii, nie ma kontaktu ze światem zewnętrznym, nie wie nawet, co przeżywa obecnie to młode, wciąż cierpiące państwo. Słuchając jednak wiadomości o 19.30 South Sudan in focus, prawdą staje się to, że zamiast lepiej, robi się coraz gorzej.

Ostatni miesiąc przyniósł mi wiele radości, ponieważ po sześciu miesiącach ciągłego pobytu w Old Fangak, przyszedł dla mnie czas na moje rekolekcje w Dżubie, różne spotkania, dobre jedzenie i zimne piwo. Dziesięć kilo schudłem, więc trzeba nadrabiać. A zresztą ile czasu można jeść sorgo z mlekiem. Przyda się lekka zmiana.

Jest to także dobry czas na wymianę doświadczeń i panujących sytuacji z naszymi współbraćmi z innych placówek misyjnych. Poznajemy przy tym, że jesteśmy jeszcze w najlepszej sytuacji.

Pierwsze spotkania i rozmowy nie są łatwe. Nasza misja w Kajo-Keji została zniszczona i splądrowana. O. Tito pokazuje mi zdjęcia wywarzonych drzwi i pokoje porozrzucanych osobistych rzeczy. Panele słoneczne, potężny warsztat, wszystko rozkradzione. Wspólnota Kajo-Keji uciekła razem z lokalną ludnością, kiedy rozpoczęły się ataki. Obecnie pragnie z nimi pozostać tam, gdzie się znajdują, służąc modlitwą, pomocą i rozmową. Mieszkają w jednym z największych obozów dla uchodźców, na granicy z Ugandą, w Moyo. Znajduje się tam obecnie ponad milion osób. Tam toczą się ludzkie dramaty, nieludzkie warunki, w których muszą mieszkać i przyszłość, która dla wielu nie ma sensu – stracili wszystko. Dorobki całego życia, rozwijający się powoli biznes, może mały sklepik – obecnie rozkradziony i zrównany z ziemią. Niektórzy dzielą się z o. Tito o samobójczych myślach, dla nich życie straciło sens.

Andres ze wspólnoty Mapuordit wciąż wspomina chwile, kiedy zostali napadnięci i okradzeni w drodze do domu. Wciąż ma przed oczyma te młode osoby z karabinem w ręku, wydzierających się, give me telephon, money or I kill you (szybko, daj mi telefon i pieniądze albo cię zabiję). Niektórzy z nich mają niewiele po piętnaście lat. Jednak mają karabin, w państwie bez prawa, w którym rządzi silniejszy; ten, który posiada silniejszą armię albo ten, który ma broń w ręku. Przeżyje najsilniejszy, albo ten który nie da się zabić. Młodzi ludzie bez przyszłości, edukacji, a może i już bez rodziny. Ten chłopiec ma broń, dzięki której okrada samochody, a gdy będzie trzeba to będzie strzelał. Ma broń, więc ma władzę nad twoim życiem, to on zdecyduje czy dożyjesz jutra czy nie. Już raz strzelali do naszego samochodu – Andres przypomina. Naszym współbraciom udało się uciec, jednak o. Placid został ranny w brzuch – jednak Bóg nad nim czuwał, został przetransportowany do Nairobi, przeżył.

Południowy Sudan obecnie to państwo, w którym drogi „nie istnieją”. Są na mapie, można je zobaczyć, ale nikt nimi nie może się poruszać. Każda podróż poza stolicę samochodem to ryzykowanie swojego życia. Do miejsca naszych rekolekcji, Kit, niewiele kilka kilometrów od stolicy, prowadzi nas samochód z kilkoma żołnierzami – eskorta. Stoją na tyle pickupa i się rozglądają po buszu.

Teraz pozostają samoloty WFP i samoloty lokalne, którymi poruszają się wszystkie Organizacje Pozarządowe, obecnie Południowy Sudan jest państwem, gdzie zginęło najwięcej pracowników tych Organizacji. Co jednak z lokalną ludnością – ryzykują, muszą, nie mają wyboru. Droga z Dżuby do Nimule (granicy z Ugandą) – zabici. Droga z Dżuby do Bor – zabici. Reszta dróg, albo ranni, albo zabici. Z powodu głodu ludzie próbują w nocy podkraść się na własne pola, aby zdobyć coś do zjedzenia – wielu jednak traci życie.

Wielu straciło jakąkolwiek nadzieje na lepsze jutro, czy powrót do domu. Wiele Państw, którym zależy na losie Południowego Sudanu, albo mają tutaj jakiś interes, będą nawoływać o pokój, organizując spotkania, nowe papiery do podpisania. Jednak prezydent, aby je pocieszyć ogłosi zawieszenie broni i uciszy media, blokując strony internetowe czy zabraniając dziennikarzom na wjazd do kraju. Mają to, co chcieli – pokazał, że robi coś w tym kierunku – jednak dalej prowadzi swoje budowanie pokoju na działalności zbrojnej przemieszczając się od miasta do miasta. Cel jest oczywiście jeden, zniszczyć wszystkie wojska opozycji i miejsca, w których się znajdują – w większości plemię Nuer – czyli ludność prawowitego wiceprezydenta, który został uciszony i jest przetrzymywany w Południowej Afryce. Którego nie zaprasza się na spotkania w sprawie pokoju i rozwiązanie konfliktu, a który jest częścią trwającego konfliktu. Ale jak widać wiele państw mówiących, że nie są stronniczy swoją działalnością popierają prezydenta i godzą się na trwającą w ciszy czystkę etniczną.

Ludzie już nie wierzą w pomoc ONZ, i widząc żołnierzy w niebieskich kaskach i napisem UN, patrzą na nich ze wzrokiem – zawiedliśmy się. Pamiętamy jak nic nie robiliście, kiedy nasze dzieci były zabijane, a kobiety gwałcone. Teraz jesteśmy w obozach – ale czy czujemy się bezpieczni, jak długo. Ile jeszcze będziemy żyć w więzieniu, dlaczego nikt nic nie robi abyśmy mogli wrócić do naszych domów, na nasze ziemie.

Jednak starcia trwają nadal. O. Antonio, staruszek i założyciel misji Old Fangak pracujący obecnie w misji Mogok, oddalonej 3 dni drogi piechotą od nas, opowiada jak dwa razy uciekał do buszu. Raz był sam w domu, spędził w buszu miesiąc, żywiąc się tym co mu ludzie ofiarowali. Po powrocie, na misji nie znalazł nic, wszystko rozkradzione. O. Barton wrócił do Mogok, więc zaczęli myśleć, co teraz, nie ma co jeść. Zaczęli się poruszać od chaty do chaty prosząc ludzi o pomoc, aby im dali trochę żywności, sorgo czy kukurydzę. Jednak ludzie znają ich i szybko przyszli im z pomocą. Ciekawe doświadczenie misjonarzy, którzy to oni prosili lokalną ludność o pomoc, a nie na odwrót. Sytuacja jest nieciekawa, ponieważ gdy Mogok zostało napadnięte, wszystkie Organizacje Pozarządowe uciekły – przez to i loty WFP do Mogok, wstrzymane. Drugi raz o. Antonio wspomina sytuację, kiedy spał w piżamie na krześle przed chatą. W pewnym momencie o. Barton podleciał do niego, chwycił go za rękę i mówi, uciekamy, zaraz tu będą. Więc Antonio, starszy człowiek, w piżamie, na boso, biegnie przez krzaki, po kolcach ukrywając się w buszu, nic nie widząc czekają, co się wydarzy. Jednak po chwili słyszą głos bębnów – fałszywy alarm.

Miejsce takie jak Old Fangak zawsze zadziwia. Pokazuje piękno innej Afryki, innej od tej, którą znam.

Kenia zawsze będzie bliska mojemu sercu. To tam odkrywałem moje powołanie, tam poznałem ludzi, dzięki którym doszedłem do święceń, mówiąc Bogu moje ostateczne Tak. Kenia potwierdziła to, co płonęło w moim sercu od dłuższego czasu, płomień ze znakiem zapytania – czy chcę oddać się misjom? Kenia chyba mnie pochłonęła i szybko poczułem się w tym miejscu jak w domu. Slumsy były moim domem, bieda i cierpienie, które doświadczałem każdego dnia, kiedy stawiałem swoje kroki na wysypisku śmieci. Nie przeszkadzał odór, zgiełk tłumu czy niebezpieczeństwa. Czułem się jak w domu, a ci biedni ze slumsu Korogocho stali się moją rodziną. To nie ja przyszedłem do nich, to nie była nawet moja decyzja, to miejsce wybrane przez Boga, który powiedział idź – ludzie zaś mnie przyjęli i zaakceptowali. Niezapomniany czas i niezapomniane miejsce. Wciąż mam przed oczyma te wszystkie osoby, które spotykałem na swojej drodze – młodzież, rodziny, dzieci ulicy, dzieci z sierocińca Matki Teresy, ojców pracujących w Kariobangi czy w Korogocho. Jednak Bogu nie wystarczyło, że jestem w slumsach, więc posłał mnie do buszu, który ponownie stał się dla mnie domem. Nowe miejsce, nowi ludzie, którzy szybko przyzwyczaili się do mojej obecności i po kilku tygodniach krzyczeli za mną Chris, Chris. I choć było ciężko to nie zapomnę rodziny, która mi powiedziała – wiemy, że opuściłeś swoją rodzinę i jesteś daleko od nich – my dla ciebie będziemy teraz rodziną. Dom Marty stał się moim domem, jednak nie wiedziałem, że po tak krótkim czasie i ten dom będę musiał opuścić, plemię Pokot i całą kulturę, którą poznawałem coraz bliżej. I Bóg znów obdarował mnie niespodzianką i powiedział, chcę cię w Południowym Sudanie – ludzie bardzo cierpią w tym miejscu, głodują i giną w niekończącej się wojnie.

W planach Boga wszystko ma sens i także tym razem wiem, że doświadczenia w Kenii były przygotowaniem do misji w Południowym Sudanie. Zawsze była to ciężka misja i jest nią nadal, nawet sami misjonarze boją się pracować w tym państwie. Były to tereny trudne podczas wojny Północy z Południem, a obecnie jest jeszcze gorzej w trakcie obecnie panującej wojny domowej. Ludzie porównując tamte czasy z tym, co panuje dzisiaj, mówią jedno – w ciągu tych wszystkich lat wojny, ten czas który przeżywamy obecnie jest najgorszy. Co pozostało z państwa, z którego uciekła ponad połowa ludności, 1.841.151 (wg. unhcr). Uchodźcy, którzy z dnia na dzień stali się biedniejsi od biedy, którą przeżywali. Ale żyli z nadzieją. Wiele rodzin powróciło po ogłoszeniu niepodległości, zaczęli otwierać małe sklepiki, zaczęły powstawać szkoły, wiele osób widziało nadzieję na budowanie nowego państwa. Jednak radość trwała krótko. Ich własny rząd stał się dla nich wrogiem, próbujący ich zniszczyć, a ich ziemia stała się rzeką krwi obywateli Południowego Sudanu. Każdy się ukrywa, szuka schronienia – pragnie przeżyć – ponownie. Jednak sama wojna nie była jedynym problemem – uciekający ludzie, zostali zmuszeni do opuszczenia swoich pól, do tego doszły powodzie i nieudane plony. Nastał głód. Ludzie nie tylko zaczęli uciekać przed wrogiem, ale także przed głodem.

Od samego początku musiałem przyzwyczaić się do hałasu wystrzałów z karabinów. Pierwszy raz jest zawsze najgorszy, kiedy serce zaczyna walić jak szalone, a nogi stają się jak z waty. Będąc wtedy w Dżubie, usiadłem na łóżku i nasłuchiwałem, co będzie dalej. Przed oczyma przeszły mi wszelkie myśli i pytania bez odpowiedzi; co zrobić jak … gdzie uciekać, jakby … tej nocy jednak już nie spałem. Obecnie i do tego człowiek zaczyna się przyzwyczajać, poleca wszystko Panu Bogu i idzie do przodu jakby się nic nie działo. Musimy robić zakupy, musimy się poruszać po stolicy, po naszej parafii – ludzie na nas czekają i to jest najważniejsze. Kiedy katechiści przychodzą do Old Fangak zawsze przychodzą i pytają, kiedy ojciec do nas przyjdzie? Jednak, aby odwiedzić wszystkie kaplice potrzebujemy rok. Czasami musimy powiedzieć – w przyszłym roku.

Dzisiaj Niedziela więc nie mogło mnie zabraknąć w obozie dla uchodźców, znajdującym się przy bazie ONZ. Znajdują się tutaj cztery kaplice, a posługuje w nich jeden kombonianin. Zbliża się dla mnie także czas, aby wracać do Old Fangak bo 15go muszę być w wiosce Pulida. Jak WFP weźmie mnie na pokład w najbliższą środę to się uda. Potem dwa dni piechotą i będę na miejscu.

 

24 sierpień 2017

Woda, woda i Leerpiny

Po powrocie z Dżuby, tak jak pisałem wcześniej, zacząłem szykować się na kolejną wizytę – tym razem w wiosce Leerpiny. Miałem dwa dni na przygotowania, popranie i nabrania kondycji, bo podróż długa i męcząca. W sobotę 12go, zacząłem moją podróż.

Wiedziałem tylko tyle, że jest daleko. Deszcze nie ułatwiają podróży a na dodatek silny deszcz popadał w piątek wieczorem przed naszą podróżą – czyli błoto już na samym początku. Bez tzw. „Larko”, czyli gumowych butów, się nie obejdzie. Kij w rękę i w drogę. Wyszliśmy z Piotrem, nauczycielem tamtejszej szkoły, około jedenastej rano, przeprawiliśmy się przez rzekę i zaczęliśmy się kierować w stronę Paguir i Kwinlow, które czytelnikom niniejszego bloga są już znane.

Błoto sprawia, że nogi się rozjeżdżają w każdą stronę – ten typ kleistego błota nie ma w Polsce – może bym porównał do chodzenia po glinie, kij pomaga bardzo, aby nie wylądować twarzą w czarnej mazi. Co jakiś czas przekraczamy bajora z wodą, maksymalnie po pas. Nie jest źle, idzie się dobrze i czas szybko leci. Przeszliśmy busz, w którym czasami brodziliśmy przez wodę dłuższą chwilę, potem minęliśmy trawy w pobliżu Paguir i doszliśmy do wioski Supciak. Jest piętnasta a my mamy jeszcze spory kawałek do przejścia. Pozostaje pytanie, nocujemy tutaj i kontynuujemy, czy idziemy dalej. Zapytałem Piotra – co przed nami, dwie godzinki, trochę wody na początku, a potem jest ok – odpowiedział. Czuję się dobrze, jeszcze wcześnie – idziemy.

Przeszliśmy kilkaset metrów i się rozpadało. Popadało jakieś 15 minut i się rozpogodziło, a my ponownie zaczęliśmy brodzić w błocie. Zaczęły się pierwsze głębsze wody, czasami po pas. Jak na razie kilkanaście minut w wodzie i troszeczkę lądu. Po głowie mi chodziła odpowiedź Piotra i czekałem na ten suchy ląd. W wodzie idzie się okropnie. Ścieżki czasami wąskie, kolczaste gałęzie, które rysują skórę, niewidzialne konary pod wodą i dziury – czasami idąc w wodzie po kolana wpada się w taką dziurę nogą i mamy wodę po pas. Czasami zamiast wody po kolana jest błotna maź po kolana. Każdy idzie wyglądając jakby tańczył, chwiejąc się na prawo i na lewo.

Idziemy dalej, a tu zamiast mniej wody, zaczęło robić się jej coraz więcej – minuty w wodzie po kolana przemieniły się w godziny. Powoli zapadł zmrok i do tego wszystkiego doszły zgraje komarów. Doszliśmy do Leerpiny około dwudziestej. W pewnym momencie myślałem, że już nie dojdę, ale Pan Bóg czuwał. Jak mi się udało przejść te trzy godziny w wodzie – nie wiem. Popatrzyłem na mój GPS, pokazał 33km. Czego to się nie robi dla zdobywania dusz dla Pana Boga.

Jak już każdy się domyśla kolejny dzień był dniem bólu i cierpienia. Wspomógł tylko paracetamol. Niedzielę modliliśmy się w Leerpiny i czekaliśmy do wtorku na uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny – odpust. Mieszkałem w domu Mary. Jej mąż gdzieś poszedł i kilka dni go miało nie być, więc – chata wolna. Mary codziennie rano na ogniu praży dla nas kukurydzę. Miło się robi, gdy się widzi pola potężnej kukurydzy, po tym czasie głodu i niepewności. Dziękuję wam za wasze modlitwy – to dzięki nim, razem z dziećmi Mary, siedząc przy ognisku, możemy delektować się słodką kukurydzą. Każdy jednak czeka na sorgo – jeszcze dwa miesiące. Słyszałem, że niektóre miejsca Południowego Sudanu walczą z ptakami i insektami, co znacznie zmniejszyło zbiory – mam nadzieję, że nam się uda. Mary ugaszcza mnie jak może i wydaje mi się, że zjadłem jej wszystkie koguty. Co w tym pozytywnego, teraz ranki są ciche i nic mi nie pieje o piątej rano.

We wtorek rano zaczęły się schodzić wszystkie pobliskie kaplice. Zawrzało od młodzieży. Każda grupa przychodziła ze śpiewem i tańcem. Eucharystię odprawiliśmy pod drzewami, a powiew lekkiego wiatru schładzał gorącą atmosferę. Kaplica posiada także figurkę Matki Boskiej, którą katechista Piotr, ustawił pod drzewem. Dzieci i młodzież podchodzili do niej, oglądali ją i dotykali, jakby chcieli wiedzieć, z czego jest zrobiona. Raczej to nie miało nic wspólnego z tym, jak to jest w Ameryce Łacińskiej, gdzie dotyk figurek, relikwii czy świętych rzeczy miał przynieść błogosławieństwo. Był to szczególny dzień dla naszej grupy Maryjnej, tzw. Kom Marie. W naszym życiu duchowym Maryja ma szczególne miejsce, która będąc matką Boga stała się także matką wszystkich ludzi, a będąc blisko swojego Syna wstawia się za nami i pomaga nam być w bliskości z Jezusem. Samemu czasami jest ciężko, czy to w pracy, czy w naszym życiu duchowym. W ten szczególny dzień, dziękowaliśmy Bogu za powołanie Maryi i za jej stanowcze „Tak”. Nawet jeśli wszystkiego nie rozumiała i gromadziła wszystko w swym sercu. Jednak jest Ona dla nas matką, ponieważ jest jedną z nas i zna ludzi, życie, problemy i cierpienie. Uczymy się od niej, jak odpowiedzieć na powołanie, jak trwać przy Chrystusie nawet wtedy, gdy Go nie rozumiemy, gdy Go mało znamy, gdy wątpimy w Niego i gdy i w naszym sercu rodzą się pytania na temat naszej wiary. Tak to idziemy razem z Maryją w naszą podróż, jesteśmy z nią przy Zwiastowaniu, Narodzeniu, w czasie, gdy jej Syn dokonywał cudów, jesteśmy razem z nią pod krzyżem, razem z nią doświadczamy Zmartwychwstałego i razem z nią modlimy się o dary Ducha Świętego i wierzymy, że za to wszystko, kim była i co zrobiła także została wywyższona przez swojego Syna. Syn nie może zapomnieć o Matce.

Po Eucharystii, czas na posiłek. Każdy zasiada w grupach sześcioosobowych, zaś kobiety zaczęły przynosić sorgo i kwaśne mleko, tzw. walwal.

Kolejne dni spędziłem na odpoczynku, odwiedziłem dom katechisty Piotra i nauczyciela Piotra, gdzie mięliśmy wspólną Eucharystię. W kolejną Niedzielę udałem się do kaplicy w  Pulida, oddalonej od Leerpiny o godzinę drogi. Ponownie pobliskie wspólnoty zgromadziły się w jedno i mięliśmy piękną, wspólna Eucharystię. Wieczorem wróciliśmy do Leerpiny.

W poniedziałek rano spakowałem się i czekałem na młodzież, z którą miałem wrócić do Old Fangak. W razie czego poinformowaliśmy katechistę w Kwinlou, że mogę się zatrzymać i przenocować. Zaczęliśmy brodzić w tej samej wodzie, ale szło się nawet nieźle i szybko – chyba nabrałem wprawy. Doszliśmy do Supciak o trzynastej. Co tu robić? Wspólnie oczywiście postanowiliśmy – idziemy dalej, teraz już mało wody przed nami. Lepiej przeboleć jeden cały dzień, niż iść jutro z zakwasami. Dodatkowo jutro rozpoczynamy kurs dla młodzieży, więc dobrze by było, aby dotarli jak najwcześniej. Droga nie sprawiała kłopotu do chwili, kiedy dotarłem na ostatnia prostą – wszystko się dłużyło, a ciało odmawiało posłuszeństwa. W głowie już miałem wizję, Krzysiek pod prysznicem, w łóżku i na mięciutkiej poduszeczce. Doszliśmy do rzeki, a tu nie ma kanu (łódki), aby dostać się na drugą stronę. Musimy pokonać trochę drogi i udać się na inne miejsce, teraz to już kilkaset metrów to bardzo daleko. Na szczęście łódź jest. Jestem w Old Fangak na dwudziestą. Wyszliśmy o dziesiątej, mięliśmy kilkanaście postojów, więc nam zeszło dziesięć godzin.

Pora deszczowa się rozpoczęła, więc muszę przyzwyczajać się do wody i długich podróży. Już w sobotę kolejna, krótka, 15km do Wanglel.

 

4 Październik 2017

Po dłuższym czasie

Ostatni miesiąc był czasem przerwy w podróżach, jednak zaczynam już się szykować do kolejnej. Zbliża się dla nas data ważna i już nam znana, 10 październik i św. Daniel Comboni. Co roku na ten szczególny dzień, wybierane jest jedno z centrów naszej parafii, gdzie odbywają się uroczystości. Jest to czas świętowania i spotkania. Oprócz uroczystości organizujemy konkurs dla młodzieży. Mają oni zaprezentować jedną piosenkę znaną i jedną własnej kompozycji (w tym roku piosenkę wielkanocną) wraz z grupą taneczną, kto będzie mógł zaprezentuje także krótki dramat. Dzięki temu, że co roku młodzież komponuje nowe piosenki, nasz śpiewnik rośnie, a młodzież jest zadowolona, gdy widzi ich własną piosenkę w śpiewniku (są ich już setki). Podczas spotkania liderów grup młodzieżowych w listopadzie, każdy nawzajem uczy swoich piosenek, aby liderzy po powrocie do kaplic nauczyli swoje chóry.

Spodziewamy się kilka tysięcy młodzieży, którzy przybędą ze wszystkich naszych centrów do wioski Biiy – oddalonej o 36km od Old Fangak. Wyruszamy w czwartek i mam nadzieję, że w dwa dni zajdziemy. Deszczów obecnie jest trochę mniej, więc jest nadzieja, że suche odcinki się znajdą. Zabawię ze trzy tygodnie odwiedzając wioski na drodze powrotnej.

Podczas ostatnich dwóch tygodni mięliśmy spotkanie z katechistami i reprezentantami rady kaplic. Był to dobry czas nie tylko na odpoczynek, ale także dobry moment, aby dowiedzieć się coś więcej na temat sytuacji, w jakiej znajdują się obecnie nasze kaplice. Niektórzy dzielili się z nami problemami swojej pracy duszpasterskiej, aby wspólnie poszukać jakiegoś rozwiązania. Problemy z katechistami mniejszych kaplic, problemy z liderami naszych grup, młodzieżą, życiem kaplic itp. Czasami ciężko znaleźć ludzi, którzy nadawaliby się na liderów, którzy głosiliby Słowo Boże i nim żyli.

Cały ten czas towarzyszyła nam atmosfera wspólnoty i jedności. Rano mięliśmy spotkania formacyjne, po obiedzie trochę pracy, różaniec, a wieczorem film, który był puszczamy z komputera. Mięliśmy także między innymi dużo czasu na dyskusje i wspólne rozmowy.

Nasza parafia składa się z Centrów, których jest 21 i kaplic należących do centrów, których całkowita liczba przekroczyła 80. Każde Centrum powinno mieć trzech katechistów, cztery tworzące Radę, cztery odpowiedzialne za Legion Maryi, cztery odpowiedzialne za młodzież i przynajmniej 25 rodzin, które aktywnie uczestniczą w życiu kościoła. Każda Kaplica składa się z jednego katechisty, dwie osoby zaangażowane w pracę Rady, jedna osoba odpowiedzialna za Legion Maryi, cztery za młodzież i przynajmniej 10 rodzin, które aktywnie uczestniczą w życiu kościoła.

Katechiści mają co robić i są z tego dumni. Oczywiście muszę podkreślić, że katechistom nie płacimy za ich służbę – robią to wszystko na chwałę Pana Boga. Pamiętam, że raz rozmawiałem z katechistami na ten temat – ciekawe, że odpowiedzieli mi, jak ludzie dowiedzieliby się, że nam płacicie, albo, że wspólnota ma utrzymywać katechistę – ludzie nie zaakceptowaliby tego. Choć wymagamy, aby katechista był niepijący, prowadził życie zgodne z nauczaniem kościoła i miał maksymalnie jedną żonę, po ślubie kościelnym – chętnych nie brakuje. Kościół, misjonarz i katechista to osoby bardzo cenione w społeczeństwie nuer i bardzo respektowane. Nasi katechiści są bardzo dumni z tego, kim są i co robią. Podczas naszych wizyt zawsze nam towarzyszą. Podczas podróży, odwiedzin rodzin, chorych, grup czy posiłków – zawsze są, poświęcając swój czas organizując pobyt misjonarza w wiosce. Jeżeli w danej wiosce nie ma wolnej chaty, często katechiści odstępują nam swoją, a sami idą spać gdzie indziej, do sąsiadów albo do innej pobliskiej chaty.

W parafii mamy także trzech katechistów, tzw. LPA (Lay Parish Animator), ordynarnych ministrów Eucharystii – czyli tych, którzy zanoszą Pana Jezusa do swoich centrów i rozdają wiernym podczas niedzielnej modlitwy.

W Old Fangak czas na przemian zajmuje modlitwa, pranie, gotowanie i sprzątanie. Nie mamy zatrudnionych osób, więc wszystko robimy sami. Jeden katechista, Samuel, mieszka na misji i pilnuje jej podczas naszej nieobecności. Jak na razie nic szczególnego nam nie zginęło, oprócz limonek z naszego ogródka wykradanych przez gromadki dzieci, które bywają dokuczliwe i broją naokoło. Ostatnio przynieśli mi urwany kran i powiedzieli, popsuło się. Tak to i czasami nieplanowane naprawy są. Miałem ostatnio wolne chwile, więc i udało mi się zespawać dwa ołtarze i ambonę do kaplic Wanglel i Nyatuot.

Pamiętajcie o nas Kombonianach podczas tej szczególnej dla nas uroczystości Św. Daniela Comboniego. I nie przestawajcie trwać w modlitwie o pokój w Południowym Sudanie.

 

3 Listopad 2017

Święto Komboniego i odwiedziny wiosek

Czego to się nie robi dla głoszenia Ewangelii

Pranie porobione, rzeczy spakowane, latarka i baterie naładowane – chyba wszystko jest. Moment przed dłuższą podróżą zawsze jest stresujący – oby czy na pewno wszystko zabrałem, jaka będzie droga i czy nie wyzionę ducha w połowie.

Jeszcze przed podróżą popatrzyłem na mapę gdzie idziemy, a GPS pokazał 45km. Dodatkowo wciąż trwają deszcze i jest mokro i wilgotno. Najgorszy czas to ten, kiedy nasz termometr pokazuje 31 stopni i wilgotność 94%. Z każdego się leje, a mój współbrat zmienia koszulkę, co godzinę. Moje wszystkie ubrania musiałem popakować w worki próżniowe, bo niektóre spodnie porobiły się białe od grzyba. Ubranie pozostawione na noc, rano jest ciężkie i wilgotne, nic nie schnie. Wciąż otoczeni jesteśmy wodą.

Wyruszamy razem z naszą młodzieżą z Old Fangak, więc będzie raźniej. Już kilka dni wcześniej młodzież zaczęła znosić sorgo, aby mieli żywność na czas podróży i na drogę powrotną. Przed wyprawą wszyscy nocują w kościele. Po przeliczeniu wyruszy nas około sto osób. Młodzież jeszcze ćwiczy przed podróżą, zaś nową piosenkę, którą mają zaprezentować szepczą, aby nikt ich nie słyszał. Już kilka dni wcześniej próby odbywały się albo w kościele, albo daleko w buszu, aby nikt ich nie podsłuchał ich nowej piosenki, którą zaprezentują dopiero w Bii.

Mięliśmy dużo szczęścia, bo młodzież załatwiła łódź, którą dostaliśmy się do Kuem Duok. Potem kilometry drogi piechotą. Łódź nie była duża. Udało nam się do niej jakoś zapakować, praktycznie nikt nie mógł się ruszyć, a miejscami dodatkowo nabieraliśmy wody. Oczywiście nic strasznego – trzeba tylko stanąć na dziurach i woda już się nie nalewa do środka. Nie pocieszyło mnie to, gdy dodatkowo łódź prawie całkowicie zanurzona jest w wodzie. Udało nam się jednak dopłynąć szczęśliwie. Kolejny etap naszej drogi to tylko piechotą. Wszędzie woda i błota, więc bez gumowych butów się nie obejdzie.

Od samego początku błota, które w niektórych miejscach sięgają po kolana. Dodatkowo jak na złość wszędzie krzaki z kolcami. Często trzeba się schylić i przejść przez kolczaste zarośla, które rysują ręce i nogi. Ponieważ jest nas duża grupa, a dziewczyny niosą sorgo na głowie często staliśmy w korkach. Przeszliśmy 7km i dotarliśmy do Dor. Ponieważ nie wszyscy jeszcze dotarli, a droga była ciężka, postanowiliśmy, że nocujemy tutaj.

Jest chata, mieszkańcy nie mają nic przeciwko, więc się rozkładamy. Chłopcy przed chatą dla krów, dziewczyny przed chatą kobiet i kuchnią, my misjonarze w chacie ojca rodziny, którego akurat nie ma. Trochę się rodzinie zaroiło, gdyż każdy rozkłada swoją moskitierę gdzie może, jeden obok drugiego. Dziewczyny wzięły się za gotowanie. Ja zaś szybki prysznic w krzakach i pod moją moskitierę. Jednak w pewnym momencie zauważyłem, że obok mojego łóżka domek zrobiły sobie czerwone duże mrówki, które jak się do mnie dostaną to wgryzą się w skórę – wiem, jest to bolesne. Niektóre już z uniesionymi głowami i szczypcami czekają, aby kogoś złapać. Oczywiście mieszkańcy przyszli z popiołem, posypali je, a mrówki zaczęły uciekać na wszystkie strony. Po chwili powiedzieli – nie ma problemu, idź spać. Trochę mi to było nie na rękę, ale im uwierzyłem.

Udało mi się zasnąć. Następnego ranka, gdy zacząłem ściągać moją moskitierę, kij uderzył w mur i coś się zaczęło sypać, jak groszek. Ja za latarkę, a to mrówki przeniosły się do dziury w murze. Niesamowite jak część z nich zrobiła z siebie łatę – niestety jak ją uderzyłem wszystkie mrówki się wysypały na zewnątrz. Tak szybko to się jeszcze nie pakowałem. Od rana dziewczyny już gotują, ale dla stu osób w kilku garczkach zajmuje im to kilka godzin.

Idziemy dalej, ta sama ciężka droga i kolejne 7km. Doszliśmy do Kuernyang. Szybki prysznic z komarami i do spania. Kolejny dzień przyniósł nam trochę ulgi, bo droga błotnista, ale bez dużej ilości krzaków. Po kilku godzinach doszliśmy do Bii, (10km), gdzie przywitała nas wspólnota i chór. Teraz mogliśmy spokojnie odpocząć i miałem czas, aby przyszykować kazanie na niedzielę. Po chwili grupy młodzieżowe naszej parafii (czyli 21 centrów) zaczęły się pojedynczo schodzić i każda kroczyła ze śpiewem w pochodzie do miejsca naszego noclegu, aby się zaprezentować i zostać przez nas przywitanym. Pod wieczór wioska Bii zaroiła się od młodzieży. Spotkanie młodzieży naszej parafii wyglądało trochę jak spotkanie całej diecezji w Polsce – było nas około czterech tysięcy.

Rano grupy rozchodziły się do buszu, aby przećwiczyć swoje piosenki, które zaprezentują w poniedziałek. Każda grupa musiała pokazać swoją siłę i liczbę. Głośny śpiew, marsz z powagą, niektórzy kroczą jeden za drugim w niekończącym się sznurze, co pokazuje ich liczbę – wszystko z powagą, jak żołnierze. Ciekawe, że w tym wszystkim nikt nie ukazuje radości, uśmiechu czy klaskania w dłonie – tego nie ma. Nie wiem czy to jest uzależnione od tego, czym ta młodzież żyje – konfliktem, wojną, bronią. Ukazują siłę jak żołnierze, wielu z tych młodych jest lub była na froncie, broń jest im bardzo dobrze znana. Trochę mnie to zastanawia w porównaniu z Kenią, gdzie radość, taniec, klaskanie w dłonie, okrzyki jest czymś naturalnym.

 

Świętowanie z Kombonim

Dla nas Misjonarzy Kombonianów 10 październik jest zawsze dniem szczególnym, kiedy świętujemy go razem z naszym założycielem św. Danielem Combonim. W tym dniu wszyscy kombonianie są szczególnie zjednoczeni w modlitwie. Jest to zawsze czas wdzięczności za te wszystkie lata naszej posługi ludziom najbardziej potrzebującym, za całą dotychczasową pracę i Bożą obecność w tym co robimy. Jest to także czas na prośby o dalsze błogosławieństwo i opiekę, szczególnie w miejscach konfliktów, wojen i niebezpieczeństw. Comboni nigdy się nie poddawał i uparcie trwał w tym, w co wierzył. Dlatego tak daleko zaszedł i tyle uczynił dla zbawienia dusz, szczególnie na tzw. „czarnym kontynencie”, szukając tych, o których wszyscy zapomnieli. Comboni zawsze szukał ludzi świętych i zdolnych do swojej pracy misyjnej, wiele czasu spędzał na modlitwie i podróżach, aby to zaczęte przez niego dzieło trwało i służyło jak najdłużej.

Jest to chyba zaszczyt, że akurat przebywam w miejscu gdzie Comboni i pierwsi misjonarze podróżowali i ewangelizowali.

Tak to w tym miejscu i my świętujemy razem z młodzieżą naszej parafii, dzieląc się naszą wiarą i zdolnościami. Każdego roku jest to szczególny dla nich moment, kiedy mogą publicznie zaprezentować swój taniec i piosenkę. Widownia jest duża, więc i widać od samego początku, że towarzyszy im wszystkim stres. Każdy chce wypaść jak najlepiej. Po porannej Mszy św. udaliśmy się na trochę bardziej zacienione miejsce, aby rozpocząć śpiewy reprezentowane przez poszczególne chóry. Już wcześniej każdy chór losował, w jakiej kolejności będą wywoływani na środek.

Każdy chór z powagą, marszem i śpiewem wchodził na środek, po czym prezentował jedną piosenkę już znaną oraz zaraz po niej tą, którą sami skomponowali – tym razem miała to być piosenka skomponowana na czas wielkanocny. Każdej piosence towarzyszył taniec. Choć każdy chór miał na to piętnaście minut to i tak zakończyliśmy wszystko wieczorem. Oczywiście na koniec każdy się zrelaksował i był czas na wspólny śpiew, taniec i oczywiście pogadanki chłopców z dziewczynami.

Kolejny dzień był poświęcony wyłącznie na święto Comboniego. Przygotowania na uroczystą mszę rozpoczęliśmy od samego rana. Przygotowanie śpiewu, tańców i przemówień. Ponieważ każdej grupie towarzyszył katechista, mięliśmy z ich strony wielką pomoc i wsparcie. Dla katechistów był to także czas, aby bardziej zawęzić wspólnotę, mogli podzielić się ze sobą swoimi doświadczeniami i wykonywaną pracą. Każdy z nich ubrany w białe alby, zajął miejsca z nami przy ołtarzu. Pokazywało to, że nie jesteśmy sami w tej pracy ewangelizacyjnej. Mamy ze sobą wielu ludzi, którzy chcą się dzielić swoją wiarą i przyciągać innych do Chrystusa nauczając i pomagając nam, misjonarzom. Muszę przyznać, że z wielu z nich można być dumnym, z jakim zaangażowaniem oddają się tej służbie.

Dla nas był to dobry moment, aby przekazać kilka słów do naszej młodzieży, dla których życie w tym kraju nie jest łatwe. Każdy z nich ma marzenia, próbując je zrealizować na tyle na ile mogą. Każdy z nich kupi modne ubranie, zegarek i telefon, z którego popuszczają muzykę i nagrają kilka filmików, gdyż nigdzie naokoło nie ma sieci. Jednak jest to dużo lepsze niż istniejąca część młodzieży, dla których wartością jest siła, okulary przeciwsłoneczne, opaska na głowie i duży karabin z amunicją. To co może zmienić młodzież i przyszłość tego kraju to edukacja, czy to w szkole czy w kościele czy inne spotkania edukacyjne organizowane przez przeróżne organizacje. Z naszej strony jest to zawsze okazja do mówienia o przebaczeniu, miłości i życiu ewangelią.

Wieczorem z o. Alfredem przeszliśmy goszczące grupy rodziny, odwiedzając każdą z grup i życząc im udanej drogi powrotnej. Niektórzy z nich pokonali ponad 60km, aby dotrzeć na miejsce. Mają więc długą drogę powrotną. Kolejnego dnia z samego rana grupy zaczęły się rozchodzić. Ponownie każda z nich w marszu przychodziła do nas na krótką modlitwę i błogosławieństwo. Przyszła też i kolej na nas, misjonarzy. Każdy z nas wyrusza w długą podróż odwiedzając wioski w trzy różne kierunki. O. Gregor na zachód odwiedzając Pulidę, o. Alfred na wschód odwiedzając Phom i ja na północ odwiedzając Tisbel i kierując się na południe w stronę Old Fangak. Czułem się trochę jak pierwsi misjonarze, którzy po pewnym momencie przebywania razem pożegnali się i wyruszyli w różne kierunki świata ewangelizując napotkane tereny.

 

Długa droga powrotna

Pierwszym moim etapem było centrum Tisbel. Dziesięć kilometrów pokonaliśmy w niecałe cztery godziny. Dużo wody, błota i rzeka na końcu z wodą sięgającą po szyję. Zawsze te kilka dni, które spędzamy we wiosce spędzamy na odwiedziny rodzin i chorych. Rano różaniec, a wieczorem msza. W Tisbel miałem dodatkowe modlitwy wieczorem, tzw. ”błogosławieństwa domów”. Jest to zawsze szczególny czas, kiedy rodzina zaprasza na szczególne błogosławieństwo. Schodzi się wtedy cała wioska niezależnie od wierzenia, protestanci czy muzułmanie, jeżeli są. Taka modlitwa ze szczególnym błogosławieństwem wyróżnia się długimi przemówieniami i posiłkiem po modlitwie. Zaprosiły mnie dwa domostwa, więc dwa wieczory spędziliśmy ze śpiewem w radości i modlitwie za całą rodzinę.

Po Tisbel przeniosłem się do centrum Kuernyang (10km), gdzie spędziłem kolejne kilka dni odwiedzając rodziny i modląc się z mieszkańcami. Trochę ludzi opuściło wioskę, ponieważ odbywała się wtedy rejestracja w Tunga, jednak i tak kaplica zapełniła się po brzegi. Modlitwa w takiej lokalnej kaplicy nie jest łatwa; ciemna, kryta trawą, z małymi oknami, pełna ludzi. Pierwszy raz mi się zdarzyło, że w pewnym momencie zasłabłem i musiałem usiąść na jakiś czas. Jednak udało mi się skończyć eucharystię. Moim ostatnim słowem było, następnym razem modlimy się pod drzewem.

Aby zaoszczędzić trochę drogi po mszy wyruszyliśmy przez wodę do Pulual (3km). Tam spędziłem noc, kolejnego dnia rano odprawiłem mszę i w drogę. Robi się sucho, deszcze przestają padać to i droga się polepszyła. Nawet i szybko poszło, bo po niecałych trzech godzinach doszliśmy do Kuem Duok (13km). Tutaj spędzę kolejne kilka dni.

Kolejnego dnia czułem się osłabiony, więc pozostałem w chacie. Kolejnego dnia udaliśmy się do jednej z kaplic Kuem Duok (centrum Wanglel) do oddalonej o 10km Wangriisa, taka dwudniowa wyprawa. Jak tylko doszliśmy na miejsce, lokalna ludność przyszła nam na spotkanie ze śpiewem i tańcem. Następnie wspólnie udaliśmy się pod pobliskie drzewo na eucharystię. Ponieważ kaplica jest trochę oddalona od centrum widać było, że ludzie są trochę opuszczeni i mało przygotowani do sakramentów. Ostatnio był u nich o. Christian ponad rok temu. Musimy zobaczyć jak bardziej pomóc tej kaplicy. Kolejnego dnia z samego rana zacząłem odwiedzać rodziny błogosławiąc im i zachęcając ich, aby trwali silni w wierze. Około południa katechiści, którzy ze mną przyszli rozpoczęli nauki, z młodzieżą i tymi, którzy mają w niedzielę ochrzcić swoje dzieci. Następnie udaliśmy się do kaplicy Kuergar, która znajduje się na naszej drodze powrotnej do Kuem Duok, na nocleg. Była to okazja, aby porozmawiać z lokalnym katechistą Jamesem, który jak zauważyłem narzeka, ale mało też się garnie. Wiedział, że kolejnego dnia do niego przyjdziemy, ale ludzie chyba o niczym nie wiedzieli, bo nikt nie przyszedł. Poprosiłem katechistę Kuem Duok, Josepha, aby częściej odwiedzał te kaplice, dając nauki i rozmawiając z katechistami tych kaplic.

Kolejnego dnia z samego rana wróciłem do Kuem Duok, aby przyszykować się na niedzielę. Oczywiście ludzie mnie już zaczynają znać, że przepadam za zsiadłym czy kwaśnym mlekiem. Po drodze przechodząc obok domostw jest wiele pozdrowień, zaś każdy życzy nam szczęśliwej drogi. Po chwili z jednego z domostw podbiega kobieta z garnkiem i oczywiście z czym? – zsiadłym mlekiem. Wręczyła mi kubeczek i potem rzekła, no to jeszcze jeden (chyba na drugą nogę). Kobieta niesamowicie się uradowała, a ja to mogłem teraz nawet pobiec na miejsce – taaaka energia. Od ostatnich dni słońce daje niesamowicie, więc idzie się ciężko przy 33 stopniach w cieniu. Takie momenty zawsze dodają siły.

Do Kuem Duok niektóre z pobliskich kaplic zaczęły się schodzić już tego samego dnia, wieczorem. Naszą niedzielną uroczystość, przy płynącym Nilu upiększyło 25 chrztów i tak to zakończył się mój czas odwiedzin.

W poniedziałek udałem się w drogę powrotną. Najpierw do Wanglel, do którego choć blisko (6km) to ciężko się dostać przez głęboką wodę. Musieliśmy ponad godzinę siedzieć w kanu, aby dopłynąć do miejsca, z którego można iść piechotą. Chłopcy wiosłowali jak mogli, zmieniając się co chwilę i poruszając się powoli pod prąd rzeki. Czas się wydłużał, a plecy zaczęły boleć. Kolejny etap piechotą, trochę człapania w wodzie i dotarliśmy na miejsce. Późnym wieczorem usłyszeliśmy dwie łodzie płynące w kierunku Old Fangak. Jak bym podbiegł i je zatrzymał to za jakieś dwie godzinki był bym w domu. Jednak wiedząc, że rodzina przygotowuje dla mnie kurczaka nie mogłem się oprzeć, aby pozostać. A co tam, jutro już tylko 13km, w trzy godzinki zajdę.

Tak to zjadłem kurczaka, wyspałem się i kolejnego dnia z samego rana ruszyłem do Old Fangak.

Jak to bywa po powrocie; pranie, sprzątanie, gotowanie. W ogródku jeszcze coś się znajdzie. Fasolka urosła, pomidory jeszcze są, ogórki mają kwiatki, moje papaje uschły a koguta zjadły psy.

 

30 grudzień 2017

Radosne Boże Narodzenie i bolesny Nowy Rok

 

Dotrzeć na miejsce

Miałem wyruszyć tydzień wcześniej, ale poprzez planowanie wykopania studni na terenie naszej parafii i omówienia wszystkiego z NGO Alaska, musiałem trochę zmienić moje plany. Jednak 5go grudnia byłem już w drodze. Miałem trochę szczęścia, ponieważ akurat jedno z NGO poruszało się w tamtą stronę łodzią motorową. Jednak zostawili nas 10km od Toch, ponieważ woda była tak zarośnięta wodorostami, że byśmy musieli pchać łudź godzinami. Jak zawsze pełno wody, przekroczenie jednej z rzek przyniosło mi trochę trudności, bo woda sięgała mi po szyję, kupa trawy, a no głowie miałem plecak. Razem z Jeremijasem udało nam się dotrzeć do Widier około wieczora. Przygotowaliśmy chatę, łóżko, moskitierę i można odpoczywać.

Jeremijas nie miał ostatnio szczęścia, ponieważ hieny wdarły się do Luak, czyli chaty dla kóz i stracił ponad dwadzieścia. Pozostały mu dwie malutkie sieroty. Aby je uchronić musiały spać ze mną w chacie, plus kura, kogut i pięć piskląt. Oczywiście wszyscy się zmieściliśmy. Jednak około północy kózki się obudziły i sobie beczały. Chciałem im dać wody, ale odmówiły. Nic, trzeba było czekać aż im przejdzie. Jak się uspokoiły i trochę zasnąłem, kogut odezwał się około czwartej. Postraszyłem go, że będzie moim śniadaniem, ale nie zareagował.

 

Doreak

Kolejnego dnia po godzinie  drogi, doszliśmy do naszej destynacji, czyli Doreak. Tam na mnie czekał katechista Mojżesz. Nasz kościół i chata znajdują się obok marketu i czerwonego krzyża, jest tłocznie i głośno. Wyjątkowo, bo Czerwony Krzyż właśnie robi zrzuty żywności i dystrybucję, więc każdego dnia napływają ludzie. Codziennie samolot robi trzy rundy, odbywa się rejestracja ludzi i dystrybucja. Oczywiście dla marketu jest to okazja, aby zarobić. Kobiety od samego rana zaczynają przygotowywać żywność, kawę i herbatę na sprzedaż. Postanowiliśmy więc z Mojżeszem, że będę mieszkał u niego w chacie na drugim końcu wioski. Spokój i cisza. Jednak codziennie udawałem się na market, aby porozmawiać z ludźmi i wypić kawę. Większość już mnie zna, więc jest okazja, aby poćwiczyć język.

Czas nauki języka z Mojżeszem szybko się jednak skończył, ponieważ dostał malarię i przeleżał trzy dni. Jednak nie zrezygnowaliśmy z błogosławieństw domostw i kawy na markecie. Niedzielna Eucharystia, była połączona z chrztami – wiem jednak, że dobrze są przygotowani, bo Mojżesz dobrze naucza i dba o wspólnotę. Wciąż mamy czas Adwentu, więc jest okazja, aby przygotować ludzi jeszcze lepiej na Święta Bożego Narodzenia.

Po niedzieli, podczas naszych odwiedzin rodzin spotkaliśmy Daniela, który jest żołnierzem. Pracował on u boku Rieka Machara w Dżubie, następnie musiał uciekać do Chartumu i obecnie wrócił do domu. Poprosił nas abyśmy przyszli na modlitwę dziękczynną, którą mam poprowadzić, w kolejną niedzielę, wieczorem. Oczywiście z radością się zgodziliśmy. Dla mnie trochę wyzwanie, bo będzie to ciężka niedziela. Msza w Phayad, dostanie się do Doreak do domu Daniela i modlitwa z godzinnymi przemówieniami.

 

Phayad

W czwartek udaliśmy się do kolejnego centrum, Phayad, gdzie katechistą jest Steven. Nie jest to jednak miejsce bardzo oddalone od Doreak. Po przepłynięciu rzeki, pokonaliśmy kilkaset metrów człapiąc w wodzie – dotarliśmy na miejsce. W domu Stevena odorują mnie dwie urocze bliźniaczki, mają z 5 lat – Jedna Nyaboss, bo się pierwsza urodziła, druga Nyaduos – ta która czekała. Jak idę umyć sandały w rzece, czy na wieczorną przechadzkę, muszą iść ze mną. W drodze powrotnej postrącam im owoce wielkości śliwki z drzewa z kolcami, którymi dzieci się zajadają i wracamy do domu.

Mam kolejną okazję, aby poćwiczyć język, tym razem z ex katechistą Michelem. Był to jeden z najstarszych katechistów w tym regionie, ożenił się, ale niestety z czasem postanowił wziąć sobie drugą żonę – tym samym musiał zrezygnować z funkcji katechisty. Jednak wciąż jest bardzo aktywny i szanowany przez ludzi jako lider. Codziennie siadamy sobie pod drzewem, ja mu czytam i pytam o znaczenia słówek, on czasami pyta o angielski, który chce się nauczyć.

Kolejną niedzielę rozpoczęliśmy od porannej eucharystii, następnie udaliśmy się do Doreak, aby modlić się razem z Danielem. Oczywiście, jako wojskowy, podczas modlitwy byliśmy otoczeni przez wojsko i zaproszonych gości. A ponieważ był obecny komisarz

Doreak, to i było także dużo ciężkiej broni. Nie byłem jednak sam na modlitwie, przybył także pastor kościoła prezbiteriańskiego, Emmanuel, wraz ze swoim chórem młodzieżowym. Poprosiłem go, aby chóry śpiewały na przemian z naszym i jak przyszedł czas na modlitwy zaprosiłem ich do modlenia się razem z nami. Kierując słowo do Daniela starałem się mu przekazać, kto powinien kierować go jako lidera, jakimi wartościami powinien żyć dając przykład innym, jak być tym co buduje jedność i pokój. Zaraz po przemówieniach podali nam do zjedzenia yotyot z mięsem i ryżem następnie ruszyliśmy w drogę powrotną walcząc z chcącymi nas pożreć komarami.

 

Toch i Boże Narodzenie

We wtorek przyszła młodzież, aby mnie zabrać do Toch (7km), gdzie odbędzie się nasza Bożonarodzeniowa uroczystość. Wszystkie centra regionu Mareang zaczęły schodzić się do Toch w sobotę. Było dużo śpiewów i pochodów. Wciąż rodziny przygotowują domostwa, noszą wodę, błoto i odnawiają chaty. Niedzielę rozpoczęliśmy od Eucharystii, jeszcze w klimacie oczekiwania i zadumy. Ostatnie momenty przygotowań na przyjście Tego, którego tak bardzo oczekujemy. Wiemy, że będzie On wielki, będzie królem, będzie dawcą pokoju – jak bardzo pragniemy pokoju w tym miejscu.

Kolejną Eucharystię rozpoczęliśmy o północy – Pasterką. Młodzież przygotowała sztukę na temat Bożego Narodzenia, po czym rozbrzmiało uroczyste Agueth (gloria). Moja żarówka podłączona do power bank mówiła nam o tym jak bardzo pragniemy światła, które rozświetliłoby nam nasze drogi, dało życie i radość, usunęło mrok. Pragniemy przyjąć Jezusa – światło, które przyszło na świat – pragniemy, aby zamieszkał z nami ukazując nam drogę do zbawienia.

Po zakończonej Pasterce chyba wszyscy byli zmęczeni, bo zapadła cisza – i ja mogłem trochę się przespać. Rano zaczęliśmy przygotowania do kolejnej Mszy.

Rozmawiając z młodzieżą i pytając o Nyadin, pożalili mi się, że kolejne święta zostawiamy Nyadin na boku, a ludzie mówią, że ksiądz o nich zapomniał. Katechiści nic nie planowali, bo w Nyadin nie ma katechisty, ale dla mnie było ważne, że są ludzie i czekają. Było to dodatkowo jedyne miejsce do którego, przez ostatnie kilka lat nikt nie dotarł. Zaczęliśmy więc planować z młodzieżą moją podróż, aby odwiedzić centrum Nyadin.

Eucharystia była bardzo uroczysta i pełna ludzi. Niektórzy naliczyli 3.500 osób. Był obecny komisarz Doreak i oczywiście pełno przemówień. Rozpoczęliśmy Mszę o 13.00, a skończyliśmy o 17.00. Kolejna okazja, aby skierować Słowo do ludzi, to Słowo, które właśnie przyszło na świat, to które doświadczamy, które zostało spisane. Słowo, które nas naucza, prowadzi i strzeże. Słowo, które choć wymaga, wymagając dla naszego dobra, to obdarza wieloma łaskami. Smutne jest wciąż to, że to Słowo odrzucamy i nie chcemy Go przyjąć.

Czułem, że te dwa dni mnie wyczerpały, ale miałem trochę czasu na odpoczynek. Z młodzieżą postanowiłem, że wyruszamy jutro i wracamy w sobotę do Phayad, gdzie będziemy świętować Nowy Rok.

 

Kuerlang

Drogę do Kuerlang rozpoczynamy od przekroczenia rzeki. Musieliśmy trochę czekać na kanu, ale się udało. Kolejny etap to długa droga, ale sucha. Teren troszeczkę się zaczął zmieniać, ścieżka po środku, chaty po bokach, a za chatami z jednej i drugiej strony woda. Czułem się jak byśmy szli po długiej i wąskiej wyspie. Teren piaszczysty to i pojawiło się więcej palm. Musieliśmy pokonać dobre 10km, aby ukazał nam się busz z palmami i wioska Kuerlang.

Ponieważ ludzie się mnie nie spodziewali zaczęli szykować dla mnie chatę i coś do zjedzenia. Przyniosłem im wielką radość swoją obecnością, a jeden ze starszyzny ofiarował mi kurę. Ponieważ niedawno wioskę odwiedził komisarz to i miejsce na prysznic i latryna były gotowe. Wieczorem jednak zacząłem czuć, że coś jest nie tak z moim żołądkiem, nic mi nie chciało przejść przez gardło. Zmusiłem się, aby wciągnąć kilka łyżek sorgo z mlekiem i do spania. Wiedziałem, że to może być jakaś gardioza, która jest normą, ale nie miałem leków. Kolejnego dnia zacząłem obchodzić domostwa z błogosławieństwem. Domostw wiele to i czasu mi to trochę zajęło, plus osłabiające słońce. Zapraszaliśmy wszystkich na Mszę, która ma być w piątek (czwartek spędzę w innej wiosce).

 

Korjath

Zaraz po odwiedzinach rozpoczęliśmy naszą podróż, aby udać się do Korjath, (ok. 7km) centrum Nyadin, gdzie postawiliśmy kilka lat temu kościół. Droga nie była łatwa. Po kilometrze ukazała nam się rzeka, która w większości jest pokryta trawą, wydaje się, że wody tam nie ma, a pod spodem 2 metry. Ponieważ kanu tutaj nie ma, młodzież uwiązała końce plandeki, załadowała wszystkie swoje rzeczy do środka, a ja zaś usiadłem w środku. Młodzież przepłynie, a rzeczy i mnie przepchają. Ubawiliśmy się co niemiara, bo łatwiej był pchać płachtę po ruszającej się trawie, niż pchać ją płynąc w zimnej wodzie. Tylko dziwny ptak na nas się patrzył ze zdziwieniem, co oni wyprawiają. Jednak to nie koniec, przed nami jeszcze kolejne kilometry człapania w wodzie.

Młodzież mi opowiada po drodze jak dużo ludności zamieszkiwało ten teren. Jednak po powodzi, która przyszła kilka lat temu większość się wyprowadziła. Naokoło trawa, bez ani jednego drzewa gdzieniegdzie wyspy z palmami i kokosami. Do Korjath dotarliśmy wieczorem.

Kolejnego dnia w czwartek, czułem się już nie najlepiej. Żołądek dokucza i siły opuszczają. Jednak udało mi się bez problemu wyspowiadać, odprawić Mszę, ochrzcić 23 młodych i tyle samo wybierzmować. Wieczorem siedzimy sobie z młodzieżą przy ognisku, przygotowali mi sok z kokosa (mój ulubiony – nazywa się nor). Jednak postanowiłem położyć się trochę wcześniej. W nocy miałem jednak niemiłe zdarzenie, przewracając się na drugi bok chwycił mnie okropny ból nadbrzusza po prawej stronie – trzymał chyba z minutę i puścił. Trochę bólu zostało, jednak nie przejmując się niczym próbowałem zasnąć.

 

Powrót do Kuerlang

Kolejnego dnia z samego rana rozpoczęliśmy drogę powrotną do Kuerlang. Tam miałem mieć Mszę po obiedzie i chrzty małych dzieci. Ta sama droga, woda i ta sama rzeka. Po dojściu na miejsce poszedłem do chaty gdzie mieli podstawowe leki. Zacząłem brać metronidazol, oczywiście paracetamol był cały czas ze mną. Po obiedzie rozpoczęliśmy rejestrację dzieci i eucharystię ze chrztami. Jednak już na samym początku zrobiło mi się słabo i musiałem usiąść. Nie wiedziałem czy dam radę. Posiedziałem chwilę, jeden z młodzieży przeczytał Ewangelię. Doszedłem do normy. Podzieliłem się kilkoma słowami, ochrzciłem i udało mi się dotrwać do końca mszy. Jedno było pewne, że Pan Bóg mnie trzymał w górze abym nie padł. Na pewno zależało mu na tych dzieciach, aby były ochrzczone. Oczywiście wieczór spędziłem na odpoczynku. Chyba musiałem mieć stan podgorączkowy, bo po szybkim prysznicu zrobiło mi się zimno. Kolejny dzień rozpoczął się od znaku zapytania, co dalej. Jest sobota, ja osłabiony, ludzie zaczynają się schodzić na Nowy Rok do Phayad, a przede mną 17km do Phayad. Jutro Msza.

Oczywiście szybko się nie poddaję, a iść muszę – nikt mnie nie będzie nosił. Po drodze zrobiłem kilka przerw i dotarłem do Toch. Tam miałem ze dwie godziny odpoczynku, posiłek, herbatę na wzmocnienie. Czułem się w miarę dobrze, więc ruszyliśmy dalej, szło się spokojnie, bez większych problemów. Wieczorem dotarłem do Phayad i padłem.

 

Phayad i Nowy Rok

Niedziela rano nie była ciekawa. Choć powoli brzuch i brak apetytu przechodził to ból nadbrzusza nie. Dodatkowo zauważyłem mój mocz w kolorze koka-koli i moja skóra zmieniła kolor z białego na żółty. O 12.00 rozpocząłem Eucharystię. Słowa z trudem przechodziły mi przez gardło, czułem, że nie wystoję pięciu minut. Wstałem tylko na modlitwy i na przeistoczenie, krótkie kazanie na siedząco, pobłogosławiłem katechistę Stevena i rozdał komunię. Po Mszy uciekłem od razu do chaty – byłem bardzo osłabiony i miałem gorączkę. Czekałem na Mszę o północy, cały czas leżąc. Raz było lepiej, raz gorzej. Przed północą postanowiłem jednak, że Steven poprowadzi modlitwę i rozda komunię, bo zakonsekrowałem wystarczająco dużo, ja wygłoszę kazanie i będę siedział u jego boku. Nic więcej nie dam rady zrobić. Kolejnego dnia nie mogłem ludzi zawieść, jest uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki, każdy na mnie liczy. Trochę się lepiej czułem i apetyt powracał, więc zacząłem jeść więcej. Podczas Mszy czułem się troszkę lepiej, ale i tak na dłuższe momenty siadałem. Było obecnych wiele przedstawicieli lokalnego rządu i wiele przemówień. Jednak chyba tym razem Maryja była ze mną i mnie tak, co chwilę podnosiła– a może i czasami kopnęła mówiąc rusz się i nie marudź. I tak po tym wszystkim czułem wdzięczność za ten czas i za ludzi, którzy tak licznie się zgromadzili – nie mogłem uciec i ich zostawić. Może i potrzebowałem trochę tej drogi krzyżowej, jednocząc się z tymi co cierpią, aby nie czuli się sami.

Wszystko by było w porządku, ale wciąż jestem 20km od domu. Co robić? Ja leżę bez zmian, czasami Michel przynosi mi do picia lokalne lekarstwo, gorzkie i czerwone. Jednak postanowiliśmy, że we wtorek udam się do Kuergay i stamtąd wezmę kanu do Old Fangak.

 

Do Kuergay i Old Fangak

Znowu paracetamol i w drogę. Idziemy i idziemy. Pocę się i słabnę, ale nie poddaję, po chwili odpoczynek. Położyłem się pod drzewem. Pytam Jamesa, daleko jeszcze?, odpowiedź, daleko trochę. No dzięki wielkie, pocieszył. Przedarliśmy się przez kolejne chaszcze – w głowie miałem tylko myśli, albo będę szedł, albo mnie zakopią tutaj. Dochodząc do Kuergay zerknąłem na mój GPS – 10km. No rzeczywiście blisko, szkoda że nie powiedzieli za rogiem.

Znowu poleżałem, wypiłem herbatę i do kanu. James to potężny i silny chłopak. Mam nadzieję, że szybko zapłyniemy. Nie było źle, bo jak chciałem to mogłem leżeć albo siedzieć. Taka kanu-karetka pomyślałem. Woda pluska od wiosła, po godzinie zrobiło się ciemno i zimno. Po trzech i pół godzinach dotarłem do Old Fangak, jest 20.30, a ja przemarznięty.

 

MSF (Lekarze bez Granic) i Ewakuacja

Kolejnego dnia, w środę, od razu udałem się do kliniki Doktor Jill i MSF. Popatrzyli, zrobili mi USG w pokoju, gdzie każdy przechodził wychodził, nawet pies był zainteresowany, co oni mi robią. Powiększona wątroba i żółte oczy. Przyczyn może być wiele, a klinika robi tylko podstawowe badania. Może być to nawet wirusowe zapalenie wątroby A,B czy C. Szukając sposobu do jak najszybszego dostania się do Dżuby poszedłem się także zapytać MSF. Wiedziałem, że mają tyle przepisów, że bardzo ciężko ich o cokolwiek prosić, a ewakuują tylko swój personel – jednak spróbowałem, wiedząc, że jest tam kilka osób, które nas odwiedzają i są bardzo uczynni. To nie ta sama ekipa, co była wcześniej. Michel, koordynator od razu przydzielił mi lekarza ze Szwajcarii, Aleksander, który miał jeszcze raz mnie przebadać i napisać opinię. Okazało się nawet, że Aleksander ma dziewczynę w Polsce i zna kilka zwrotów po polsku. Tym razem trafiłem na łóżko do namiotu polowego. Aleksander wypisał kartę skonsultował się z dr. Jill i tak samo stwierdził, że najlepsza byłaby ewakuacja do Dżuby. Michel od razu podał moje dane do centrali MSF w Dżubie i pozwolenie na ewakuację pierwszym samolotem MSF przylatującym do Old Fangak, czyli w piątek (jak by odmówili musiałbym czekać tydzień czasu na lot WFP, helikopterem). W czwartek wieczorem Michel przyszedł do naszego domu z informacją, że mogę lecieć, mam przyjść do nich o 9.30. Rano dostałem jeszcze kroplówkę na wzmocnienie i przedostaliśmy się na pas startowy.

 

Dżuba

Jeszcze tego samego dnia udałem się do prywatnego szpitala Dżuba Medcal Complex. Na korytarzu jest rejestracja a obok duże krzesło na którym zmierzyli mi ciśnienie i temperaturę oraz wagę (57kg). Ustawiłem się w kolejce do lekarza. Dr. Fred podał całą listę testów, które miałem porobić w różnych miejscach Dżuby i wrócić do niego z wynikami. Pobieranie krwi w szpitalu – czułem się jak w budce telefonicznej. Na jednym krześle próbówki, igły i strzykawki i drugie krzesło, na którym miałem usiąść. Przyszła starsza pani, myślałem że będzie sprzątać a ona za igły się łapie. Patrzyłem na jej każdy ruch, co robi, co pisze, uff udało się. Kolejny pobór krwi wyglądał jak kantor, tłok wewnątrz, rzeczy porozrzucane, w drugim pomieszczeniu jakieś mikroskopy są – powinno być dobrze. Płatność przy okienku i można siadać. Pobrali krew i powiedzieli za dwie godziny. Kolejne miejsce to USG. Na ławce pan się przedstawił, że jest doktorem, zaprosił mnie do obskurnego pokoju i kazał się położyć. Uruchomił generator i szybciutko wziął się do pracy. Prawa strona, lewa strona, brzuszek, wydruk i po kłopocie. Chyba nie trwało to dłużej niż 10min. Dla mnie szybko to byle jak, może ekspert, albo oszczędzał paliwo w generatorze, o które w Dżubie ciężko.

Tak to wyniki wyszły i diagnoza, że mam Malarię i lekki, a może i nie Tyfus. Biorę leki na malarię, i mam nadzieję, że za 2 dni będę wiedział, co dalej.

Jak nie będzie lepiej będę musiał się dostać do Kenii, Nairobi do większego szpitala. Tak to już tutaj jest. Jednak wszystko w rękach Pana Boga.

Przyjęty do szpitala w Nairobi

Tak to znalazłem się w Nairobi, w Nairobi Hospital. Żółtaczka typu E (epidemiczna), którą dostaje się przedewszystkim w obozach dla uchodźców, poprzez brudną wodę i żywność. Podano mi ponad pięć litrów kroplówek, glukozę i witaminy. Muszę poczekać kilka tygodni zanim moje żółte oczy nie znikną. Potem jeszcze jedna wizyta u lekarza i powinienem być gotowy na powrót do Dżuby. Wątroba musi mieć ze 2 miesiące żeby się odbudować…

 

W poszukiwaniu sił – refleksja

Jak kazali odpoczywać, leżeć i lepiej jeść, postanowiłem że od razu się wezmę do roboty – i się położyłem. Chłodny pokój, wygodne łóżeczko i jadłospis dużo lepszy od naszego w Old Fangak. Leżę dalej. Ponieważ nie należę do osób, które w jednym miejscu wysiedzą, to i po tych dwóch tygodniach także i takie życie zaczęło mnie męczyć. Oczywiście jakby ktoś mnie zapytał czy już mogę wrócić do Old Fangak, na pewno byłbym już na lotnisku. Jednak ucząc się na błędach innych misjonarzy wciąż słucham starszych, czekam i ubieram się w cierpliwość. Myśli wciąż krążą wokół, co muszę zrobić – zakupy dla wspólnoty, przygotować dwie tony na samolot i kilkanaście ton na łódź, która czeka na nasz materiał, plus kurs dla katechistów w Old Fangak, budowa nowych latryn dla parafii i ogrodzenie, ludzie czekają na odwiedziny i sakramenty. I choć każdy powtarza, daj sobie czas to i tak po naszych misyjnych głowach chodzi pytanie, dlaczego mnie tam jeszcze nie ma, tyle muszę zrobić. Jednak prawdą jest to, że chory i słaby i tak niewiele zdziałam, a ryzykuję nawrotem choroby i ponownym przylotem do Nairobi. Daj sobie czas, powtarzam. Słaby nic nie zrobisz.

Czas słabości dał mi do zrozumienia, że niestety supermanem nie jestem i czasami z jednego dnia na drugi nasze ciało może odmówić posłuszeństwa. I przychodzi zdenerwowanie i okrzyk, tego nie planowałem, nie mogę teraz paść, nie mogę zawieść tych do których przyszedłem. Była to chyba największa walka w moim życiu – walka o siłę która powoli opuszczała. Czasami dla dobra ludzi warto podjąć ryzyko, zaprzeć się samego siebie, uwierzyć w siebie i iść. Jakże mogłem odwiedzić prawie wszystkie centra, a jedno zostawić na boku – przecież i tam także ludzie chcą razem z misjonarzem świętować Boże Narodzenie. Oczywiście młodzież zawsze pociesza – daleko?, nieee, niedaleko. Zawsze przed takimi podróżami towarzyszy mi modlitwa. Co można robić, gdy się maszeruje godzinami? Troszkę można porozmawiać, przechodząc przez wioski pozdrowić ludzi, pobłogosławić im. Postraszyć dzieci, które krzyczą, śmieją się i wracają. W dalszej części podróży rozmyślanie i modlitwa. A gdy siły opuszczają? Tylko modlitwa.

Na pewno większość z nas szła kiedyś na pielgrzymkę i wie, że pomimo bólu napełnia nas radość, z tego co robimy, dla kogo i jaki jest nasz cel. Dla mnie na pewno jest to miłość do Boga do ludzi, do tego szczególnego daru powołania, służby w tym szczególnym dla Boga miejscu. Miejscu gdzie panuje wojna, gdzie ludzie żyją w niepewności, gdzie walczą z głodem przemierzając kilometry w poszukiwaniu żywności, gdzie żyją w obozach dla uchodźców. I tak to chcę im tylko powiedzieć jestem z wami, nie jesteście sami. Ponieważ poniekąd stajemy się częścią ich życia. Chodzimy tak jak oni, cierpimy tak jak oni, jemy to co oni, modlimy się razem, radujemy się razem i smucimy się razem. To co przynosi nam misjonarzom wielką radość to to, że ludzie chcą abyśmy byli z nimi. Widać to, kiedy po drodze starszy mężczyzna ofiaruje mi kurę, kobiety przyniosą posiłek i zapytają z uśmiechem czy mi smakuje. Inni przyniosą herbatę. Katechista przygotuje chatę i przyniesie najlepsze łóżko w całej wiosce i materac jak jest. Młodzież przygotuje miejsce na prysznic i przyniesie wodę. Wieczorem posiedzimy razem patrząc w gwiazdy oganiając się od komarów.

Moja walka akurat musiała się rozpocząć, kiedy byłem w najdalszej części naszej parafii, na południe, dobre 45km od Old Fangak. W każdym momencie towarzyszyła mi teraz modlitwa o siłę. Wiedziałem, że będę jej potrzebował bardzo dużo. Czasami towarzyszyła mi walka i pytania, dlaczego teraz. Dzień za dniem stawał się coraz cięższy, ale i codziennie napełniała mnie nadzieja, jutro będzie lepiej. Jednak kolejna Msza i znowu zasłabłem, po chwili się podniosłem – Panie Jezu dzięki, że mnie podtrzymałeś do końca, westchnąłem. Jakimś cudem doszedłem do Phayad, do miejsca gdzie schodziły się wszystkie centra na świętowanie Nowego Roku. Czasami nogi odmawiały posłuszeństwa, wątroba bolała, a w głowie wirowało. Jednak co zrobić? Przeszukuję mój organizm w poszukiwaniu siły, przekonuję go, że jest dobrze, a w myślach staram się być cały czas pozytywnie nastawiony – dojdę. Czas ten przybliżył mnie do Boga jeszcze bardziej, wiara w to co robię i każda myśl – Panie Jezu ty mnie tu posłałeś, zajmij się tym, abym mógł Ci jeszcze długo służyć bo jak nie, to zakopią mnie pod najbliższym drzewem. Wiara jednak daje wielką moc. Ile razy nie słyszymy w ewangelii – jak byś miał wiarę, robiłbyś wielkie rzeczy, ta sama wiara uzdrowiła by cię, dała by ci moc. Jednak nie myślałem o sobie, niektórzy mi mówili, mogłeś od razu iść w kierunku Old Fangak. Jednak mając przed oczami tych wszystkich ludzi, którzy zmierzają do Phayad bo między innymi ojciec do nich przyjdzie i będzie Msza, dodawała mi więcej sił i wiarę w to, że dam radę. Panie Jezu chciałeś, idę – idę w Twoim imieniu więc będzie dobrze.

Co teraz, doszedłem do Phayad, leże w chacie i ruszyć się nie mogę. Gdzie ta siła? Godziny mijają, a ja walczę z sobą i z myślami jak to będzie i czy dam radę. Wiedziałem że Msza będzie trwała 3 – 4 godziny. Modlitwa ma być żywa, radosna, z mocą – a tu u mnie mocy ni ma. Każde wypowiedziane czy przeczytane zdanie było walką i wielkim wysiłkiem. Jednak szybko się nie poddaję, na chwilę siadam, na chwilę wstaję i do przodu. Po mszy z powrotem do chaty i na łóżko. Do północy przeleżałem i na modlitwę, aby przywitać nowy rok. Udało mi się przekazać ludziom kilka słów, a katechista odprawił liturgię słowa, chyba chłód trochę dopomógł. Skończyliśmy o 2.00 w nocy. Jeszcze jedna msza o jedenastej. Wciąż walczę z samym sobą prosząc o jeszcze trochę sił. Pan Bóg mnie wysłuchał bo poczułem się trochę lepiej. Nogi utrzymywały mnie trochę dłużej. Dziwne, przecież wcale nie są przesilone, tylko sterta kości do podtrzymania. Tym razem nasza uroczystość trwała dobre pół dnia. Ani się nie obejrzałem jak wybiła 16.00. Dużo ludzi, młodzieży, grup parafialnych, dzieci i kobiety, mężczyźni i starcy – naliczyli 3.500 osób. Patrząc na nich wszystkich, ze zmęczeniem westchnąłem, dobrze że jestem. Nie żałowałem żadnej decyzji, że postanowiłem tutaj przyjść. Ludzie napełnili mnie nową energią – ich uśmiech, każde dobre słowo, czy wdzięczność za to, że do nich przyszedłem. Jeden ze starszych wyszedł na środek i w swoim przemówieniu wyraził wielką wdzięczność z mojej obecności. W pewnym momencie powiedział, że chciałby mnie unieść w górę, ale jest za słaby. W tejże chwili poprosił młodzież, aby mnie unieśli w górę – jednak z powodu obolałej wątroby i całego ciała musiałem z uśmiechem na twarzy odmówić. Następnym razem możecie mnie podrzucać ile chcecie – odpowiedziałem, ale nie dzisiaj. Następnie rzekł, że każdy powinien mieć lokalne imię, młodzież od razu wykrzyczała keer weer !!!, czyli byk z rogami do przodu. Ciekawe dlaczego takie?

Ten dzień przyniósł mi wiele radości i choć wciąż słaby, nie żałowałem żadnej mojej decyzji. Ludzie zrozumieli, że jestem tu dla nich, że chcę z nimi być, z nimi się modlić, że ofiarowałem im samego siebie. Daniel Comboni pisał o swoim oddaniu, idę do was, aby na zawsze pozostać waszym i dla waszego dobra poświęcam się na zawsze. Za dnia i w nocy, w słońcu i w deszczu pozostanę niezmienny, zawsze gotowy do spełniania waszych potrzeb duchowych. Bogaty i biedny, zdrowy i chory, młody i stary, pan i sługa będą mieć zawsze dostęp do mego serca. Wasze dobro będzie moim dobrem, wasze trudy będą moimi. Idę ręka w rękę z każdym z was.

Piękne chwile się skończyły, a po mojej głowie zaczęły krążyć myśli, jak wrócę do domu. Piechotą to 20km, do jeziora 7km i przeprawa przez zielone dywany wodorostów, albo piechotą do głównej rzeki 10km i kanu do Old Fangak. Leżę i myślę – nie mam siły, aby przejść nawet jednego kilometra – co teraz. Po głowie chodziła mi jednak wdzięczność za to, że mogę chodzić. Chyba wtedy przyszły myśli o chorobach i miejscu w jakim się znajduję. Do kliniki mam 20km do najbliższego szpitala 500km (Dżuba), do najbliższego dobrego szpitala 1.400km (Nairobi). Wiara i ufność towarzyszyły mi przez cały czas. Damy radę, powtarzałem – przecież nie jestem sam.

Ktoś by powiedział, jak ci źle to wracaj do Polski. Czasami i takie myśli przychodzą, dobre jedzenie, łóżeczko, dobry transport, wygodne życie. Jednak są to osoby, które wiedzą niewiele o powołaniu misyjnym. Osoby, które myślą o swoim życiu, o swoim dobrym życiu, o dążeniu aby mieć, zarabiać, abym wygodnie żył ja i moja rodzina. I to jest dobre, powołanie do rodziny, powołanie dla tych którzy nas otaczają, zapewnienie im miłości, wychowanie dzieci, aby byli dobrymi ludźmi – to także szczególne powołanie, ale nie jedyne. Powołanie misyjne to rezygnacja z dążenia do polepszania własnego życia. To ofiarowanie własnego życia, po to aby inni – ci, którzy są najbiedniejsi, opuszczeni, zapomniani – choć trochę tego dobrego życia doświadczyli. To ofiara dla innych. Dla wielu te słowa są niezrozumiałe. Tutaj jednak tkwi tajemnica Bożego powołania. Dlatego też, choć tyle niedogodności przeżywamy – to ileż radości ofiarujemy i w zamian otrzymujemy. Z iluż rzeczy zrezygnowaliśmy, a jakże wielkie dary otrzymaliśmy. Jeżeli ofiaruję tym najmniejszym choć jeden uśmiech, nadzieję, możliwość spełnienia ich marzeń – jak ukończenie szkoły, jak modlitwę razem, jak pocieszenie w tragediach, jak słowo które ich uleczy, jak sakrament który im otworzy drogę do nieba, a może zwykła rozmowa po której powiedzą, dziękuję – to powiem, warto było. I kiedy pomimo tych chorób i zmęczenia, ciało staje się słabe – duch rośnie, pełen radości z przeżytych dni. Ktoś by powiedział, ale cierpiałeś. Ciało tak, lecz duch się radował i weselił z każdego dnia i spotkania.

Nawet jeżeli ta ostatnia podróż nie należała do najłatwiejszych to i tak jestem za nią wdzięczny. Siła, która szła razem z WIARĄ; w Boga – że nie jestem sam, że On mnie kieruje, mnie podtrzymuje oraz w to co robię i kim jestem – bez wiary tej siły by nie było. Może po drodze bym się poddał, może bym zrezygnował, może bym usiadł i się rozpłakał. Jeżeli tracimy wiarę w Bożą obecność, w siebie, w to kim jesteśmy, w to co robimy, w to co możemy zrobić – to pozostaje nam tylko usiąść i zatrzymać się w miejscu, wegetować. Jednak nie jesteśmy sami, Bóg jest z nami, my w Nim oraz wszyscy ci, którzy nas otaczają, dobrzy ludzie którym zależy na nas i się za nas modlą.

 

Visit Us On FacebookVisit Us On Google PlusVisit Us On YoutubeCheck Our Feed