Wiele się wydarzyło

Powrót do zajęć

To już dwa miesiące, od kiedy wróciłem z Dżuby do Old Fangak. Pierwsze tygodnie od razu dały o sobie znać nawałem pracy. Pierwszy miesiąc zajął mi na konstrukcję toalet. Była to pierwsza próba, aby do konstrukcji wykorzystać plastikowe zbiorniki na wodę. Trochę niewygodne, bo 3 metry szerokie i dwa wysokie, ale każdy próbuje skonstruować coś, co się nie zawali i będzie służyło. Aby toalety nie stały bezpośrednio na plastikowych zbiornikach musiałem skonstruować metalową konstrukcję z podłogą i kabiną – ale było spawania. Nie chcę się jednak rozpisywać o kiblach. A więc kończę, jeszcze stoją, szkoła i grupy korzystają, więc coś jest. Następnie postanowiliśmy oddzielić płotem parafię od domu parafialnego. Do tego czasu każdy krążył po naszym terenie jak chciał, wchodząc do pokojów, dzieci podbierały limonki i owoce, a polując na ptaki, kamieniami rozbiły nam już jeden panel słoneczny. Ponieważ Old Fangak zrobiło się potężną wioską z wieloma uchodźcami przybyłymi z różnych stron, niektórzy przychodzą z różnymi intencjami. Tak to płot 100m i furtka są. Oczywiście w chwilach wolnych nie mogłem się nudzić, więc zawziąłem się, że nauczę się Microsoft Access i zrobię bazę danych dla Parafii, gdzie będą wszystkie dane parafian, chrztów, bierzmowani itp. Z możliwością wyszukiwania i automatycznego wyszukiwania i wydruku Karty Sakramentów wg daty chrztów. Oczywiście trochę mi to zajęło, ale dzięki temu, że jestem uparty i mamy dostęp do Internetu i kursy na youtube, udało mi się skończyć. Dzisiaj jeszcze działał i mam nadzieję, że będzie służył, ponieważ do dzisiaj wszystko było porozrzucane w Excelu, a Karty wypisywane ręcznie.

 

Dwie wyjątkowe starsze kobiety

Oczywiście ten czas to nie tylko konstrukcje. Podczas niedzieli Zesłania Ducha świętego miałem kilka chrztów i oczywiście bierzmowania. Było to dla mnie ciekawe doświadczenie, ponieważ pośród kandydatów były dwie starsze kobiety. Jedną z nich pamiętałem, kiedy to pierwszy raz przyszła do mnie rok temu. Mówiła mi wtedy o snach i złym duchu, który powala ja na ziemię i że jest z kościoła protestanckiego. Oczywiście jej pobłogosławiłem, zachęcając do modlitwy, która jest najlepszą walką ze złymi duchami. Jednak po tej wizycie, zaczęła się pojawiać coraz częściej, widziałem ją w niedzielę i ostatnie miesiące uczestniczyła w spotkaniach przygotowujących do chrztu i bierzmowania. Oczywiście ucieszyło mnie to, ponieważ czułem się jak towarzysz pewnej duszy, która poszukuje, chodzi do różnych lekarzy, ale na końcu wybiera tego najlepszego – który uzdrawia i przynosi ulgę w cierpieniach. Tego dnia przeżyła chrzest, bierzmowanie, moc Ducha świętego i przyjęła do swego serca pierwszy raz Pana Jezusa. Na pewno ten dzień pozostanie w jej życiu wyjątkowy. Wydaje mi się, że jest szczególna kobietą, ponieważ nie zniknęła z kościoła, ale przychodzi na eucharystię w ciągu tygodnia i jak może to na różaniec w środy. Czasami odwiedzi, czasami porozmawia.

Jeśli chodzi o szczególność naszej drugiej starszej kandydatki – to jej zerwanie z bożkami, którym do tego momentu oddawała cześć. Po Mszy katechista powiedział mi, że przyniosła ze sobą pakunek ze wszystkimi przedmiotami, które były w jej domu i którym oddawała cześć. Oczywiście nie wiedziałem, co mam z tym zrobić, katechiści powiedzieli mi, że zwyczajem jest spalenie. Tak to rozpalili ognisko, dodali benzyny, aby było szybciej i wrzucili pakunek w ogień. Była to dla mnie kolejna odważna kobieta, która w swoim życiu poznała Boga i postanowiła mu oddać wszystko i powierzyć mu siebie. Dla starszych ludzi porzucić to, w co wierzyli może całe swoje życie, na pewno nie jest łatwe. I dla niej ten dzień pozostał wyjątkowy.

Kolejna niedziela to odpust w naszej parafii – Święto Trójcy Świętej. Uroczysta Msza, a po obiedzie gry, zabawy i przemówienia.

 

Podróż do Kuerdap i nieplanowany powrót do Old Fangak

Zbliżyły się niespodziewanie dwie Uroczystości; Narodziny Jana Chrzciciela i uroczystość św. Piotra i Pawła. Jak pamiętacie rok temu miałem długą podróż do Phom i Juaibour gdzie spędziłem 5 tygodni. Tym razem poproszono mnie, abym przed Juaibour (św. Piotra i Pawła) odwiedził Kuerdap (Narodziny Jana Chrzciciela), gdzie ksiądz był u nich dwa lata temu i ludzie czekają na chrzest i bierzmowanie. Ponieważ niedziele następowały jedna po drugiej stwierdziłem, że powinienem dać radę. Plan był aby z Old Fangak popłynąć łodzią do Phom (50km) i stamtąd, piechotą dostać się do Kuerdap (15km). Po niedzieli miałem zacząć podróż piechotą do Juaibour (40km) etapami po 10km. Plan był dobry, a odcinki krótkie.

Nie było źle, bo do Phom dostałem się łodzią motorową Organizacji Pozarządowej Finn Church Aid, więc zajęło mi to tylko dwie godziny. Kolejnego dnia dostałem się do Kuerdap. W trzy godziny byłem na miejscu. Tydzień mijał spokojnie, jedna z rodzin poprosiła mnie o modlitwę za zmarłą Caterine (jej zdjęcie jest na okładce jednej z naszych książek z historiami w Nuer i po Angielsku). Oczywiście nie odbyło się bez upieczonej kozy i uczty. Największym problemem w tym miejscu to woda pitna. Już nawet nie brązowa, ale czarna. Stwierdziłem, że wody tutaj nie piję. Ponieważ nie było upałów, dwa razy padał deszcz, więc nie było problemu, aby bazować na herbatach i gotowanym mleku z cukrem.

Następnie przeniosłem się do Centrum Kuerdap, gdzie miała być główna niedzielna Uroczystość. Tam też miały się zejść wszystkie pobliskie kaplice. Jednak jak tylko zaszedłem na miejsce i usiadłem pod chatą, dostałem wysoką gorączkę nie wiadomo skąd. Wiedziałem, że wysoka, bo dostałem dreszcze. Jednak to nie wszystko, ponieważ powrócił już mi znany ból wątroby, który objął całą górną część brzucha. O obróceniu się z boku na bok nie było mowy. Myślami byłem, no nie, nie znowu. Przy siedzeniu czy leżeniu nic nie bolało, jednak każdy ruch był bolesny. Nic nie ustawało, postanowiłem, że śpię tak jak się położyłem, choć kiedy strona zdrętwiała to i tak byłem zmuszony, aby zmienić pozycję. W niedzielę ucieszyło mnie to, że choć boli to siła wciąż jest, więc Msza będzie.

Była Msza, 40 chrztów 13 bierzmować. Choć podnieść głosu z przepony nie mogłem to spokojnie skończyłem to, co zaplanowałem. Oczywiście tym razem z pieczonej kozy zrezygnowałem i zająłem się sorgo z kwaśnym mlekiem.

Kolejny dzień przyniósł trochę ulgę, ale nie było mowy o przejściu 40km piechotą. Ludzie postanowili, że kanu zabiorą mnie z powrotem do Phom – dwie godziny wiosłowania. Tak to wróciłem do Phom, a ból powoli ustępował. Udałem się do Namiotu MSF, gdzie sprawdzili mi malarię i dali paracetamol i witaminy.

Czekałem teraz na łódź powrotną i myślałem, co będzie dalej. W czwartek łodzią MSF dostałem się do Old Fangak.

 

Co teraz?

Tak. Chyba tym pytaniem zawalam sobie całą głowę. Wróciłem do Old Fangak, wątroba jeszcze trochę pobolewa i jestem sam na misji z pytaniem, co teraz. Jak ktoś śledzi mojego bloga to wie, że misja jest bardzo wymagająca, szczególnie, jeśli chodzi o odwiedziny wiosek, czyli 24.000km ². Przemierzamy kilometry w upale w deszczu czasami maszerując całymi dniami po suchym, w błocie w wodzie po kolana przekraczając rzeki sięgające po szyję. Spędzamy miesiące w wioskach obchodząc poszczególne kaplice, żyjąc tak jak ludzie i jedząc to, co oni jedzą i pijąc tą samą wodę, czy to z rzeki czy ze studni czy po prostu brudną z rozlewisk. To, co nam jedynie pomaga to Chlorin, jedna tabletka, po której podobno można pić. Ponieważ to wszystko doświadczyłem, to wiem, że organizm musi być w dobrej kondycji, a układ trawienny musi znieść różnego rodzaju i jakości jedzenie i wodę. Ludzie oczekują misjonarza, który do nich przyjdzie, wyspowiada, da komunię, ochrzci ich dzieci, wybierzmuje dorosłych. Czasami czekają długo, rok albo dwa. Jak gdzieś mi się nie uda dotrzeć to następna okazja na odwiedziny to kilka miesięcy albo kolejny rok. Co jednak mogę pomyśleć, jak organizm odmawia posłuszeństwa i choć duch ochoczy, serce rwie to trzeba powracać i ze smutkiem poinformować, nie dam rady. To chyba najgorsze, co może być, co może spotkać każdego misjonarza – to niemoc. Mamy świadomość potrzeb, jednak nasze ciało, które jest słabe, choruje, mówi nam, dalej się nie ruszam.

Jednak nie tracimy nadziei, z cierpliwością czekamy, aby Pan Bóg Powołał tych mocnych do takich miejsc, a tych słabszych posłał do miejsc mniej wymagających. Oczywiście czy pozostanę w Old Fangak, czy nastąpi w moim życiu mała zmiana pozostawiam w rękach Pana Boga, który najlepiej wie jak to rozwiązać.

To tu, to tam

Tak jak to było ustalane wcześniej, święta Wielkanocne miałem spędzić w Phom (New Fangak). Jeszcze krótka podróż do Wanglel na 2 dni (30km) i oczekiwanie na łódź. Plecak przygotowany tylko łodzi jeszcze nie ma. Jak ktoś lubi mieć wszystko na czas, to niestety nie jest to miejsce dla niego. Odpłynie, może jutro, może pojutrze, a może popojutrze. Rano dowiedziałem się, że łódź ma wypłynąć. Po godzinie przyszła do mojego domu Nyador, córka Teresy, która jest bardzo aktywna w naszym kościele. Po chwili, powiedziała – płyniemy razem. Zdziwiło mnie to, że mając 10 lat, płynie sama do Phom, aby odwiedzić swoją chorą siostrę. Łódź się opóźnia, a tu trzeba coś zjeść. Zabrałem Nyador na market i kupiliśmy sobie walwal, sorgo z zsiadłym mlekiem. O około 15.00 udało nam się dostać na łódź. Siedzimy na jakiś workach, niewygodne, ale nie jest źle. Wypłynęliśmy o 16.00 – zapłynęliśmy o północy. Oczywiście w łodzi było kupę śmiechu, bo Nyador została moją adoptowaną córką – nyada, radosna i żywiołowa.

Katechista Abel już spał jak dopłynęliśmy – nie dziwne, ale szybko uporządkował chatę i przygotował mi miejsce do spania. Nyador zabrał do pobliskiej chaty. Kolejnego dnia przyszedł ktoś z jej rodziny, aby ją zabrać do domu siostry. (Dokładnie wczoraj przyniosła mi kurę – będzie uczta.)

Kolejny dzień to niedziela palmowa. Katechiści wszystko przygotowali. Poświęciliśmy palmy i w procesji ruszyliśmy do kaplicy. Jest to dobry moment, aby uświadomić ludzi, że ten tydzień jest wyjątkowy, a w szczególności Wielki Czwartek, Piątek i Sobota. Dla ludzi dniem modlitwy jest niedziela, co by się nie działo w środku tygodnia, niewielu przychodzi.

Mając kilka dni przed świętami udało mi się jeszcze dostać do Pakan. Była modlitwa i był czas, aby popływać w rzece. Tutejsi ludzie zawsze ze zdziwieniem patrzą na białego pływającego w rzece. Dla nich rzeka jest do kąpieli – wejdą i po pięciu minutach wyjdą. Tylko dzieci się bawią i pływają. Nie mogą uwierzyć w moje historie, jak im opowiadam, że w Polsce siedzimy nad wodą całymi dniami, gramy w wodzie, jeździmy rowerkami wodnymi i wypoczywamy. Dla tutejszej ludności nie do pomyślenia.

W Wielki Czwartek ludzie zaczęli się schodzić do Phom. Zaczęło się przygotowywanie jedzenia; mięso, yotyot, sorgo, mula itp. Mięliśmy umywanie nóg, eucharystię, adorację krzyża, liturgię światła o zmroku tak jak to ma zwyczaj i w naszym polskim kościele. W sobotę 30 chrztów. Oczywiście największe święto z największą ilością ludzi było w niedzielę.

W poniedziałek i wtorek miałem czas, aby odwiedzić inne kaplice. W środę czekałem już na helikopter do Dżuby. Przyleciał pierwszy, ale niestety to nie mój. Wyszły z niego jakieś chyba ważne osobistości w niebieskich kaskach, bo mieli pełno obstawy. Po godzinie zjawił się mój helikopter – po trzech godzinach znalazłem się w Dżubie.

Miałem czas na odpoczynek i modlitwę. Tydzień rekolekcji postawiły mnie na nogi w duchu i ciele. Dla nas jest to ważny czas, aby nabrać sił do dalszej pracy, powierzyć wszystko Panu Bogu i prosić o błogosławieństwo. Czas na zastanowienie się nad naszą pracą i nad tym, co zrobić, aby być jeszcze lepszym misjonarzem.

Był to wyjątkowy czas, ponieważ przed wylotem mieliśmy także spotkanie młodych Kombonianów i Kombonianek. Piękny czas na wymianę doświadczeń, problemów i radości. Wiemy, że nie jesteśmy sami i że nie tylko my przeżywamy trudności. Każdy chyba wspominał ubiegły rok; jak wielu z nich musiało się chować przed ostrzałem czy spadającymi bombami, jak niektórzy wciąż żyją w traumie, a na odgłos samolotu w głowie mają spadające bomby i myśli gdzie się schować. Jednak Bóg jest wielki, chroni nas od wszelkich niebezpieczeństw i każdy z nas był Mu wdzięczny za to, że wciąż tu jesteśmy, wciąż żyjemy. Bo mamy dla kogo.

 

Czas wziąć się do roboty

Jak by nie było, przyszedł czas, aby wracać na misje i nadrabiać straty.

Jednak ostatni miesiąc nie był miesiącem odpoczynku, ponieważ zastępowałem naszego brata w Dżubie i miałem na sobie administrację naszej prowincji. Jednak dzięki temu poznałem jeszcze bardziej stolicę i odkryłem nowe miejsca na nasze kolejne zakupy. Także, jako nowe państwo poznałem miejsce, które nie ma ładu ani składu. Aby załadować łódź musieliśmy wynająć ochronę z policji, aby wojsko się nie doczepiało. Za niewielką opłatą zamiast czekać na prawo jazdy ponad tydzień dostałem je w dwa dni nie wychodząc z domu. Na ulicach nie ma żadnych reguł, a policja jak zatrzyma to poprosi pieniądze na jedzenie. Można zobaczyć wiele innych sytuacji, które pokazują, że wciąż żyjemy w państwie bez żadnego prawa, a za pieniądze można zrobić wszystko.

Dotarłem nareszcie do Old Fangak i nie mam czasu, aby usiąść w jednym miejscu. Nasi katechiści już kopią miejsce na nowe latryny, a ja zacząłem przygotowywać całą strukturę, czyli obudowa zbiornika, podest, i sama latryna. Wczoraj od spawania podpiekłem sobie twarz i nogi. Dzisiaj przerwa i przygotowania do podróży do New Fangak na Święta Wielkanocne. Mam nadzieję, że jutro, albo pojutrze znajdę łódź, która płynie w tamtą stronę. Jak wszystko pójdzie dobrze to po Świętach powinienem dostać się z New Fangak do Dżuby helikopterem. Następnie tydzień rekolekcji, powrót do Old Fangak i do pracy; latryny, ogrodzenie, rynny i praca pastoralna. Obym zdążył przed deszczem.

Ponieważ nie będę miał okazji, aby coś napisać po świętach, to już dzisiaj życzę Wam wszystkim Błogosławionych Świąt Wielkanocnych. Jako najważniejsze święta, niech to będą święta spędzone w radości i w rodzinnym gronie. Niech te święta umocnią Was jeszcze bardziej w wierze. Delektujcie się Królestwem Bożym już tutaj na ziemi ze Zmartwychwstałym Jezusem.

W poszukiwaniu sił (refleksja)

W poszukiwaniu sił (refleksja)

Jak kazali odpoczywać, leżeć i lepiej jeść, postanowiłem że od razu się wezmę do roboty – i się położyłem. Chłodny pokój, wygodne łóżeczko i jadłospis dużo lepszy od naszego w Old Fangak. Leżę dalej. Ponieważ nie należę do osób, które w jednym miejscu wysiedzą, to i po tych dwóch tygodniach także i takie życie zaczęło mnie męczyć. Oczywiście jakby ktoś mnie zapytał czy już mogę wrócić do Old Fangak, na pewno byłbym już na lotnisku. Jednak ucząc się na błędach innych misjonarzy wciąż słucham starszych, czekam i ubieram się w cierpliwość. Myśli wciąż krążą wokół, co muszę zrobić – zakupy dla wspólnoty, przygotować dwie tony na samolot i kilkanaście ton na łódź, która czeka na nasz materiał, plus kurs dla katechistów w Old Fangak, budowa nowych latryn dla parafii i ogrodzenie, ludzie czekają na odwiedziny i sakramenty. I choć każdy powtarza, daj sobie czas to i tak po naszych misyjnych głowach chodzi pytanie, dlaczego mnie tam jeszcze nie ma, tyle muszę zrobić. Jednak prawdą jest to, że chory i słaby i tak niewiele zdziałam, a ryzykuję nawrotem choroby i ponownym przylotem do Nairobi. Daj sobie czas, powtarzam. Słaby nic nie zrobisz.

Czas słabości dał mi do zrozumienia, że niestety supermanem nie jestem i czasami z jednego dnia na drugi nasze ciało może odmówić posłuszeństwa. I przychodzi zdenerwowanie i okrzyk, tego nie planowałem, nie mogę teraz paść, nie mogę zawieść tych do których przyszedłem. Była to chyba największa walka w moim życiu – walka o siłę która powoli opuszczała. Czasami dla dobra ludzi warto podjąć ryzyko, zaprzeć się samego siebie, uwierzyć w siebie i iść. Jakże mogłem odwiedzić prawie wszystkie centra, a jedno zostawić na boku – przecież i tam także ludzie chcą razem z misjonarzem świętować Boże Narodzenie. Oczywiście młodzież zawsze pociesza – daleko?, nieee, niedaleko. Zawsze przed takimi podróżami towarzyszy mi modlitwa. Co można robić, gdy się maszeruje godzinami? Troszkę można porozmawiać, przechodząc przez wioski pozdrowić ludzi, pobłogosławić im. Postraszyć dzieci, które krzyczą, śmieją się i wracają. W dalszej części podróży rozmyślanie i modlitwa. A gdy siły opuszczają? Tylko modlitwa.

Na pewno większość z nas szła kiedyś na pielgrzymkę i wie, że pomimo bólu napełnia nas radość, z tego co robimy, dla kogo i jaki jest nasz cel. Dla mnie na pewno jest to miłość do Boga do ludzi, do tego szczególnego daru powołania, służby w tym szczególnym dla Boga miejscu. Miejscu gdzie panuje wojna, gdzie ludzie żyją w niepewności, gdzie walczą z głodem przemierzając kilometry w poszukiwaniu żywności, gdzie żyją w obozach dla uchodźców. I tak to chcę im tylko powiedzieć jestem z wami, nie jesteście sami. Ponieważ poniekąd stajemy się częścią ich życia. Chodzimy tak jak oni, cierpimy tak jak oni, jemy to co oni, modlimy się razem, radujemy się razem i smucimy się razem. To co przynosi nam misjonarzom wielką radość to to, że ludzie chcą abyśmy byli z nimi. Widać to, kiedy po drodze starszy mężczyzna ofiaruje mi kurę, kobiety przyniosą posiłek i zapytają z uśmiechem czy mi smakuje. Inni przyniosą herbatę. Katechista przygotuje chatę i przyniesie najlepsze łóżko w całej wiosce i materac jak jest. Młodzież przygotuje miejsce na prysznic i przyniesie wodę. Wieczorem posiedzimy razem patrząc w gwiazdy oganiając się od komarów.

Moja walka akurat musiała się rozpocząć, kiedy byłem w najdalszej części naszej parafii, na południe, dobre 45km od Old Fangak. W każdym momencie towarzyszyła mi teraz modlitwa o siłę. Wiedziałem, że będę jej potrzebował bardzo dużo. Czasami towarzyszyła mi walka i pytania, dlaczego teraz. Dzień za dniem stawał się coraz cięższy, ale i codziennie napełniała mnie nadzieja, jutro będzie lepiej. Jednak kolejna Msza i znowu zasłabłem, po chwili się podniosłem – Panie Jezu dzięki, że mnie podtrzymałeś do końca, westchnąłem. Jakimś cudem doszedłem do Phayad, do miejsca gdzie schodziły się wszystkie centra na świętowanie Nowego Roku. Czasami nogi odmawiały posłuszeństwa, wątroba bolała, a w głowie wirowało. Jednak co zrobić? Przeszukuję mój organizm w poszukiwaniu siły, przekonuję go, że jest dobrze, a w myślach staram się być cały czas pozytywnie nastawiony – dojdę. Czas ten przybliżył mnie do Boga jeszcze bardziej, wiara w to co robię i każda myśl – Panie Jezu ty mnie tu posłałeś, zajmij się tym, abym mógł Ci jeszcze długo służyć bo jak nie, to zakopią mnie pod najbliższym drzewem. Wiara jednak daje wielką moc. Ile razy nie słyszymy w ewangelii – jak byś miał wiarę, robiłbyś wielkie rzeczy, ta sama wiara uzdrowiła by cię, dała by ci moc. Jednak nie myślałem o sobie, niektórzy mi mówili, mogłeś od razu iść w kierunku Old Fangak. Jednak mając przed oczami tych wszystkich ludzi, którzy zmierzają do Phayad bo między innymi ojciec do nich przyjdzie i będzie Msza, dodawała mi więcej sił i wiarę w to, że dam radę. Panie Jezu chciałeś, idę – idę w Twoim imieniu więc będzie dobrze.

Co teraz, doszedłem do Phayad, leże w chacie i ruszyć się nie mogę. Gdzie ta siła? Godziny mijają, a ja walczę z sobą i z myślami jak to będzie i czy dam radę. Wiedziałem że Msza będzie trwała 3 – 4 godziny. Modlitwa ma być żywa, radosna, z mocą – a tu u mnie mocy ni ma. Każde wypowiedziane czy przeczytane zdanie było walką i wielkim wysiłkiem. Jednak szybko się nie poddaję, na chwilę siadam, na chwilę wstaję i do przodu. Po mszy z powrotem do chaty i na łóżko. Do północy przeleżałem i na modlitwę, aby przywitać nowy rok. Udało mi się przekazać ludziom kilka słów, a katechista odprawił liturgię słowa, chyba chłód trochę dopomógł. Skończyliśmy o 2.00 w nocy. Jeszcze jedna msza o jedenastej. Wciąż walczę z samym sobą prosząc o jeszcze trochę sił. Pan Bóg mnie wysłuchał bo poczułem się trochę lepiej. Nogi utrzymywały mnie trochę dłużej. Dziwne, przecież wcale nie są przesilone, tylko sterta kości do podtrzymania. Tym razem nasza uroczystość trwała dobre pół dnia. Ani się nie obejrzałem jak wybiła 16.00. Dużo ludzi, młodzieży, grup parafialnych, dzieci i kobiety, mężczyźni i starcy – naliczyli 3.500 osób. Patrząc na nich wszystkich, ze zmęczeniem westchnąłem, dobrze że jestem. Nie żałowałem żadnej decyzji, że postanowiłem tutaj przyjść. Ludzie napełnili mnie nową energią – ich uśmiech, każde dobre słowo, czy wdzięczność za to, że do nich przyszedłem. Jeden ze starszych wyszedł na środek i w swoim przemówieniu wyraził wielką wdzięczność z mojej obecności. W pewnym momencie powiedział, że chciałby mnie unieść w górę, ale jest za słaby. W tejże chwili poprosił młodzież, aby mnie unieśli w górę – jednak z powodu obolałej wątroby i całego ciała musiałem z uśmiechem na twarzy odmówić. Następnym razem możecie mnie podrzucać ile chcecie – odpowiedziałem, ale nie dzisiaj. Następnie rzekł, że każdy powinien mieć lokalne imię, młodzież od razu wykrzyczała keer weer !!!, czyli byk z rogami do przodu. Ciekawe dlaczego takie? 😉 Ten dzień przyniósł mi wiele radości i choć wciąż słaby, nie żałowałem żadnej mojej decyzji. Ludzie zrozumieli, że jestem tu dla nich, że chcę z nimi być, z nimi się modlić, że ofiarowałem im samego siebie. Daniel Comboni pisał o swoim oddaniu, idę do was, aby na zawsze pozostać waszym i dla waszego dobra poświęcam się na zawsze. Za dnia i w nocy, w słońcu i w deszczu pozostanę niezmienny, zawsze gotowy do spełniania waszych potrzeb duchowych. Bogaty i biedny, zdrowy i chory, młody i stary, pan i sługa będą mieć zawsze dostęp do mego serca. Wasze dobro będzie moim dobrem, wasze trudy będą moimi. Idę ręka w rękę z każdym z was.

Piękne chwile się skończyły, a po mojej głowie zaczęły krążyć myśli, jak wrócę do domu. Piechotą to 20km, do jeziora 7km i przeprawa przez zielone dywany wodorostów, albo piechotą do głównej rzeki 10km i kanu do Old Fangak. Leżę i myślę – nie mam siły, aby przejść nawet jednego kilometra – co teraz. Po głowie chodziła mi jednak wdzięczność za to, że mogę chodzić. Chyba wtedy przyszły myśli o chorobach i miejscu w jakim się znajduję. Do kliniki mam 20km do najbliższego szpitala 500km (Dżuba), do najbliższego dobrego szpitala 1.400km (Nairobi). Wiara i ufność towarzyszyły mi przez cały czas. Damy radę, powtarzałem – przecież nie jestem sam.

Ktoś by powiedział, jak ci źle to wracaj do Polski. Czasami i takie myśli przychodzą, dobre jedzenie, łóżeczko, dobry transport, wygodne życie. Jednak są to osoby, które wiedzą niewiele o powołaniu misyjnym. Osoby, które myślą o swoim życiu, o swoim dobrym życiu, o dążeniu aby mieć, zarabiać, abym wygodnie żył ja i moja rodzina. I to jest dobre, powołanie do rodziny, powołanie dla tych którzy nas otaczają, zapewnienie im miłości, wychowanie dzieci, aby byli dobrymi ludźmi – to także szczególne powołanie, ale nie jedyne. Powołanie misyjne to rezygnacja z dążenia do polepszania własnego życia. To ofiarowanie własnego życia, po to aby inni – ci, którzy są najbiedniejsi, opuszczeni, zapomniani – choć trochę tego dobrego życia doświadczyli. To ofiara dla innych. Dla wielu te słowa są niezrozumiałe. Tutaj jednak tkwi tajemnica Bożego powołania. Dlatego też, choć tyle niedogodności przeżywamy – to ileż radości ofiarujemy i w zamian otrzymujemy. Z iluż rzeczy zrezygnowaliśmy, a jakże wielkie dary otrzymaliśmy. Jeżeli ofiaruję tym najmniejszym choć jeden uśmiech, nadzieję, możliwość spełnienia ich marzeń – jak ukończenie szkoły, jak modlitwę razem, jak pocieszenie w tragediach, jak słowo które ich uleczy, jak sakrament który im otworzy drogę do nieba, a może zwykła rozmowa po której powiedzą, dziękuję – to powiem, warto było. I kiedy pomimo tych chorób i zmęczenia, ciało staje się słabe – duch rośnie, pełen radości z przeżytych dni. Ktoś by powiedział, ale cierpiałeś. Ciało tak, lecz duch się radował i weselił z każdego dnia i spotkania.

Nawet jeżeli ta ostatnia podróż nie należała do najłatwiejszych to i tak jestem za nią wdzięczny. Siła, która szła razem z WIARĄ; w Boga – że nie jestem sam, że On mnie kieruje, mnie podtrzymuje oraz w to co robię i kim jestem – bez wiary tej siły by nie było. Może po drodze bym się poddał, może bym zrezygnował, może bym usiadł i się rozpłakał. Jeżeli tracimy wiarę w Bożą obecność, w siebie, w to kim jesteśmy, w to co robimy, w to co możemy zrobić – to pozostaje nam tylko usiąść i zatrzymać się w miejscu, wegetować. Jednak nie jesteśmy sami, Bóg jest z nami, my w Nim oraz wszyscy ci, którzy nas otaczają, dobrzy ludzie którym zależy na nas i się za nas modlą.

Wypisany

Chciałbym Wam wszystkim podziękować za wasze modlitwy i pamięć. Pan Bóg naprawdę zadziałał i obyło się bez leków i większych problemów. Ponieważ nie wykryto nic innego jak żółtaczka, co i tak jest dziwne w moim przypadku bo byłem szczepiony przed wyjazdem, jednak coś było.

Podano mi ponad pięć litrów kroplówek, glukozę i witaminy. Dzisiaj zostałem wypisany ze szpitala i jestem w naszym domu w Nairobi. Muszę jeszcze pozostać z tydzień zanim moje żółte oczy nie znikną 😉 Potem jeszcze jedna wizyta u lekarza i powinienem być gotowy na powrót do Dżuby. Choć mówią, że wątroba musi mieć ze 2 miesiące żeby się odbudować. Tak to więc pozostałem na gotowanej żywności – bez kawy, frytek, bez smażonego kurczaczka, czy innych przepysznych rzeczy smażonych na oleju 🙁

Pozdrawiam Was wszystkich.