Wyzwania w Yirol

Zapasy i taniec

Nowy początek

Rozpoczynając moją nową przygodę z misjami, chciałbym podzielić się z wami kilkoma pierwszymi wrażeniami. Przez ostatnie dni nie wiedziałem, o czym pisać, bo wszystko jest nowe i jeszcze nie do końca znane.  Pierwsze dni w nowym miejscu zawsze powinny być tylko obserwacją, będąc otwartym na każde doświadczenie i na to, co pan Bóg dla nas przygotował. Jest to zawsze ważny czas, aby jak najlepiej wejść w otoczenie, w nowy język, w kontakt z ludźmi i w nową pracę.

Żyjąc jeszcze między plemieniem nuer, bardzo często słyszałem opowiadania o plemieniu dinka, które jest pełne przemocy, nienawiści, którzy nie respektują nikogo, a wszystko rozwiązują bójkami. Niektórzy nasi misjonarze zostali prawie pobici przez dinka – a ostatnio lekarz kombonianin brat Rosario w mieście Wau został uderzony kilka razy, a że siostra była obok niego to i jej się oberwało. Nie wiem jak ja bym się zachował, oni po wszystkim poszli na papierosa, a dzisiaj się z tego śmieją (ludzie od inwestygacji, którzy okazali przemoc wobec brata i siostry potem dostali porządne baty od przełożonych;)).

Tak to słuchając te i inne historie o plemieniu dinka, myślałem tylko o tym, jaki będzie mój kontakt z tymi ludźmi i czy uczyć się może jakieś nowe sztuki walki.

 

Misja Yirol

Kościół Parafialny

Misja jest potężna i wymagająca. Praca pastoralna jest wyzwaniem. Od dłuższego czasu mało, co się na tej parafii dzieje. Ojciec Boris z Togo od zeszłego roku rozpoczął pierwsze kroki w tworzeniu grup parafialnych; jedne funkcjonują, inne jeszcze nie. Jest to już pierwsza różnica, z którą się tutaj spotkałem. W Old Fangak grupy są mocne, katechiści zaangażowani, młodzież aktywna. W Yirol to wszystko trzeba budować od podstaw. Misja tutaj jest budowana w całkiem innym stylu od tej w Old Fangak.

Misjonarze rozpoczynali od budowy szkoły podstawowej, następnie przy szkole kościół. Tak to przy prawie każdym kościele jest szkoła podstawowa. Katechistów i imion, na których budowałoby się parafie w Yirol nie ma. Katechiści często są nauczycielami w szkole, którzy służą przez rok, potem idą na studia i trzeba szukać kogoś nowego. Przygotowania do chrztu, pierwszej komunii czy bierzmowania odbywają się w szkołach po lekcjach. W Yirol zajmujemy się trzema szkołami podstawowymi, razem 3.700 uczniów, za które odpowiedzialny jest br. Jacek z Polski. Na naszym terenie są obecne trzy siostry z Ugandy, które prowadzą przedszkole i pomagają w parafii.

Nasza parafia ma 54 kaplice. Aby ułatwić naszą działalność, misja podzielona jest na cztery części, za które jest odpowiedzialny jeden z ojców.

Miejsce to zamieszkuje plemię dinka jang oraz atuot. Małą pociechą jest dla mnie to, że atuot to 70% język nuer, a 30% dinka. Czyli coś zrozumiem, coś powiem, ale i tak wszystko jest pomieszane z poplątanym. Uczę się obecnie języka dinka i mam nadzieję, że dopracuję język atuot.

 

Pracy dużo, a mało robotników

 

Msza w Matbar

Jak to już z nami bywa, nie ma czasu na odpoczynek. Zostałem przydzielony do Yirol w niełatwym czasie. Tak jak pisałem wcześniej, grupy parafialne dopiero, co się narodziły, a odpowiedzialni zostają przeniesieni. Zostałem sam z czymś, co dopiero wzrasta i codziennie proszę o siłę i nowe pomysły, aby grupy były coraz bardziej aktywne. Tak to jestem odpowiedzialny za ministrantów, grupę tańczącą podczas mszy, chór, grupę kobiet, młodzież, i ponad 30 kaplic, katechistów, szkoły i katechezy w szkołach. Za miesiąc zostanę razem z br. Jackiem i dwoma starszymi misjonarzami, którzy już za wiele nie mogą zrobić. Br. Jacek odpowiedzialny za Szkoły, ja za Parafię.

Obecnie uczę się jeździć na motorze, aby łatwiej dotrzeć do każdej z kaplic. Mój pierwszy wyjazd na ulice skończył się zatrzymaniem przez policję – skasowali 400ssp. Chyba nauka trochę potrwa ;).

 

Ludność

Na pewno wiele różni nuer od dinka. Wiele dobrych owoców przyniosła ewangelizacja i styl ewangelizacji plemienia nuer. Tutaj, z dinka czuję się jak byśmy zaczynali wszystko od nowa. Formacja do tego jak być człowiekiem, jak być wierzącym, jak być odpowiedzialnym. Przez te ostatnie dni już wiele dobrego widziałem w tych ludziach, więc jest nadzieja, że razem możemy wzrastać, stając się coraz lepszymi. Na pewno brakuje mi odpowiedzialnych katechistów, którzy z dumą uczą i prowadzą modlitwy, którzy są cały czas na miejscu i bezinteresownie oddają się swojej służbie. Brakuje młodzieży i liderów, którzy bezinteresownie oddaliby się w formację i prowadzenie innych. Parafia została przejęta przez kombonianów w 2008 roku. Do tego czasu misja próbowała funkcjonować i była opuszczana, ponieważ armia z północy zajmowała te tereny.

Dzisiaj potrzeba dużo pracy i wkładu w formację katechistów i liderów, rozpoczynając od młodego pokolenia, mając nadzieję, że pewnego dnia stworzą silną wspólnotę o silnych fundamentach.

 

Co się u nas w Yirol wydarzyło?

Szkoła św. Daniela Comboniego

– modlitwa o pokój, gdzie tysiące dzieci z różnych szkół maszerowały ulicami Yirol,

– konkurs piłki nożnej dla młodzieży, potem dla dzieci (dzieci z naszej szkoły wygrały),

– spotkanie z poganiaczami bydła na temat kradzieży i przemocy, aby pokojowo rozwiązywać problemy, a nie przy użyciu karabinu,

– zbiór orzeszków ziemnych w naszych szkołach – urozmaici to ich menu,

– egzaminy i koniec drugiego semestru – mamy krótkie wakacje,

– mecz moich ministrantów z dziećmi z wioski Aruau – wygrali 4-3,

– zbiór orzeszków ziemnych – projekt ministrantów (zbierają na nowe stroje piłkarskie, jak ktoś by się chciał do nich dorzucić to zapraszam – szczegóły w zakładce kontakty – z dopiskiem „ministranci”)

 

Nikt nie cierpi pożegnań

Odprawa i wylot

Tak jak już pisałem w moich ostatnich wpisach, zdrowie mi od stycznia nie dopisuje. Za każdym razem, jak tylko wybieram się na wioski, moja wątroba protestuje i mówi mi w bolesny sposób, wracaj. Jedni pocieszają, że będzie lepiej, inni radzą zmianę placówki misyjnej. Znalazłem się w ciężkiej sytuacji, która pokrzyżowała wszystkie moje plany i przyszłość mojej pracy w Old Fangak.

Prawdą jest, że tutaj czy w innym miejscu – wszędzie jest misja, jednak ciężko opuszcza się miejsce, w którym żyło się prawie dwa lata. Ileż pracy włożyłem w naukę języka nuer i jaką radość mi on zaczął przynosić, kiedy zacząłem się porozumiewać z ludźmi. Poznałem miejsca, ludzi a jak chodziłem na piesze wędrówki ludzie już nie pozdrawiali mnie kałaj (biały człowiek), lecz Christopher.

Znalazłem się w Dżubie, gdzie akurat miało się rozpocząć spotkanie Rady Prowincjalnej. Sprawdziłem jak ta moja wątroba funkcjonuje, okazało się na szczęście, że wszystko jest ok. Zmiana jedzenia i środowiska przyniosła ulgę i zacząłem od razu czuć, że nabieram sił. Przez ostatnie 2 miesiące straciłem ponad 8kg. Jednak Rada zdecydowała, że nie mam co ryzykować i że lepiej będzie jak zmienię placówkę misyjną. Za tydzień przeprowadzam się na misję Yirol – gdzie spędzę kilka miesięcy, aby zobaczyć jak mój organizm to odbierze. Misja ma dużo lepsze warunki, jeśli chodzi o jedzenie i podróże.

Czekają mnie teraz duże zmiany i nowe wyzwania. Po pierwsze z parafii, która jest pod panowaniem wojsk opozycji przeprowadzę się do miejsca kontrolowanego przez wojska rządowe, Dinka. Następnie czeka mnie nauka nowego języka, Dinka Rek oraz Dinka Atuot, ten drugi bardziej zbliżony do Nuer. Nie wiem, co zastanę i co będę robił, ale jak ktoś mnie zna to wie, że nie będę się nudził. Zacząłem zerkać na język i już wiem, że kilka słówek jest podobnych – a gramatyka? Hmm. Całkiem inna. Cóż, zaczynamy od nowa – dzień dobry, do widzenia i jak się nazywasz.

Jeszcze na tydzień udałem się do Old Fangak, aby w niedzielę pożegnać ludzi, wdzięczny za nich, ich świadectwo i ich obecność w moim życiu. Na pewno będę o nich pamiętał w moich modlitwach.

Wiele się wydarzyło

Powrót do zajęć

To już dwa miesiące, od kiedy wróciłem z Dżuby do Old Fangak. Pierwsze tygodnie od razu dały o sobie znać nawałem pracy. Pierwszy miesiąc zajął mi na konstrukcję toalet. Była to pierwsza próba, aby do konstrukcji wykorzystać plastikowe zbiorniki na wodę. Trochę niewygodne, bo 3 metry szerokie i dwa wysokie, ale każdy próbuje skonstruować coś, co się nie zawali i będzie służyło. Aby toalety nie stały bezpośrednio na plastikowych zbiornikach musiałem skonstruować metalową konstrukcję z podłogą i kabiną – ale było spawania. Nie chcę się jednak rozpisywać o kiblach. A więc kończę, jeszcze stoją, szkoła i grupy korzystają, więc coś jest. Następnie postanowiliśmy oddzielić płotem parafię od domu parafialnego. Do tego czasu każdy krążył po naszym terenie jak chciał, wchodząc do pokojów, dzieci podbierały limonki i owoce, a polując na ptaki, kamieniami rozbiły nam już jeden panel słoneczny. Ponieważ Old Fangak zrobiło się potężną wioską z wieloma uchodźcami przybyłymi z różnych stron, niektórzy przychodzą z różnymi intencjami. Tak to płot 100m i furtka są. Oczywiście w chwilach wolnych nie mogłem się nudzić, więc zawziąłem się, że nauczę się Microsoft Access i zrobię bazę danych dla Parafii, gdzie będą wszystkie dane parafian, chrztów, bierzmowani itp. Z możliwością wyszukiwania i automatycznego wyszukiwania i wydruku Karty Sakramentów wg daty chrztów. Oczywiście trochę mi to zajęło, ale dzięki temu, że jestem uparty i mamy dostęp do Internetu i kursy na youtube, udało mi się skończyć. Dzisiaj jeszcze działał i mam nadzieję, że będzie służył, ponieważ do dzisiaj wszystko było porozrzucane w Excelu, a Karty wypisywane ręcznie.

 

Dwie wyjątkowe starsze kobiety

Oczywiście ten czas to nie tylko konstrukcje. Podczas niedzieli Zesłania Ducha świętego miałem kilka chrztów i oczywiście bierzmowania. Było to dla mnie ciekawe doświadczenie, ponieważ pośród kandydatów były dwie starsze kobiety. Jedną z nich pamiętałem, kiedy to pierwszy raz przyszła do mnie rok temu. Mówiła mi wtedy o snach i złym duchu, który powala ja na ziemię i że jest z kościoła protestanckiego. Oczywiście jej pobłogosławiłem, zachęcając do modlitwy, która jest najlepszą walką ze złymi duchami. Jednak po tej wizycie, zaczęła się pojawiać coraz częściej, widziałem ją w niedzielę i ostatnie miesiące uczestniczyła w spotkaniach przygotowujących do chrztu i bierzmowania. Oczywiście ucieszyło mnie to, ponieważ czułem się jak towarzysz pewnej duszy, która poszukuje, chodzi do różnych lekarzy, ale na końcu wybiera tego najlepszego – który uzdrawia i przynosi ulgę w cierpieniach. Tego dnia przeżyła chrzest, bierzmowanie, moc Ducha świętego i przyjęła do swego serca pierwszy raz Pana Jezusa. Na pewno ten dzień pozostanie w jej życiu wyjątkowy. Wydaje mi się, że jest szczególna kobietą, ponieważ nie zniknęła z kościoła, ale przychodzi na eucharystię w ciągu tygodnia i jak może to na różaniec w środy. Czasami odwiedzi, czasami porozmawia.

Jeśli chodzi o szczególność naszej drugiej starszej kandydatki – to jej zerwanie z bożkami, którym do tego momentu oddawała cześć. Po Mszy katechista powiedział mi, że przyniosła ze sobą pakunek ze wszystkimi przedmiotami, które były w jej domu i którym oddawała cześć. Oczywiście nie wiedziałem, co mam z tym zrobić, katechiści powiedzieli mi, że zwyczajem jest spalenie. Tak to rozpalili ognisko, dodali benzyny, aby było szybciej i wrzucili pakunek w ogień. Była to dla mnie kolejna odważna kobieta, która w swoim życiu poznała Boga i postanowiła mu oddać wszystko i powierzyć mu siebie. Dla starszych ludzi porzucić to, w co wierzyli może całe swoje życie, na pewno nie jest łatwe. I dla niej ten dzień pozostał wyjątkowy.

Kolejna niedziela to odpust w naszej parafii – Święto Trójcy Świętej. Uroczysta Msza, a po obiedzie gry, zabawy i przemówienia.

 

Podróż do Kuerdap i nieplanowany powrót do Old Fangak

Zbliżyły się niespodziewanie dwie Uroczystości; Narodziny Jana Chrzciciela i uroczystość św. Piotra i Pawła. Jak pamiętacie rok temu miałem długą podróż do Phom i Juaibour gdzie spędziłem 5 tygodni. Tym razem poproszono mnie, abym przed Juaibour (św. Piotra i Pawła) odwiedził Kuerdap (Narodziny Jana Chrzciciela), gdzie ksiądz był u nich dwa lata temu i ludzie czekają na chrzest i bierzmowanie. Ponieważ niedziele następowały jedna po drugiej stwierdziłem, że powinienem dać radę. Plan był aby z Old Fangak popłynąć łodzią do Phom (50km) i stamtąd, piechotą dostać się do Kuerdap (15km). Po niedzieli miałem zacząć podróż piechotą do Juaibour (40km) etapami po 10km. Plan był dobry, a odcinki krótkie.

Nie było źle, bo do Phom dostałem się łodzią motorową Organizacji Pozarządowej Finn Church Aid, więc zajęło mi to tylko dwie godziny. Kolejnego dnia dostałem się do Kuerdap. W trzy godziny byłem na miejscu. Tydzień mijał spokojnie, jedna z rodzin poprosiła mnie o modlitwę za zmarłą Caterine (jej zdjęcie jest na okładce jednej z naszych książek z historiami w Nuer i po Angielsku). Oczywiście nie odbyło się bez upieczonej kozy i uczty. Największym problemem w tym miejscu to woda pitna. Już nawet nie brązowa, ale czarna. Stwierdziłem, że wody tutaj nie piję. Ponieważ nie było upałów, dwa razy padał deszcz, więc nie było problemu, aby bazować na herbatach i gotowanym mleku z cukrem.

Następnie przeniosłem się do Centrum Kuerdap, gdzie miała być główna niedzielna Uroczystość. Tam też miały się zejść wszystkie pobliskie kaplice. Jednak jak tylko zaszedłem na miejsce i usiadłem pod chatą, dostałem wysoką gorączkę nie wiadomo skąd. Wiedziałem, że wysoka, bo dostałem dreszcze. Jednak to nie wszystko, ponieważ powrócił już mi znany ból wątroby, który objął całą górną część brzucha. O obróceniu się z boku na bok nie było mowy. Myślami byłem, no nie, nie znowu. Przy siedzeniu czy leżeniu nic nie bolało, jednak każdy ruch był bolesny. Nic nie ustawało, postanowiłem, że śpię tak jak się położyłem, choć kiedy strona zdrętwiała to i tak byłem zmuszony, aby zmienić pozycję. W niedzielę ucieszyło mnie to, że choć boli to siła wciąż jest, więc Msza będzie.

Była Msza, 40 chrztów 13 bierzmować. Choć podnieść głosu z przepony nie mogłem to spokojnie skończyłem to, co zaplanowałem. Oczywiście tym razem z pieczonej kozy zrezygnowałem i zająłem się sorgo z kwaśnym mlekiem.

Kolejny dzień przyniósł trochę ulgę, ale nie było mowy o przejściu 40km piechotą. Ludzie postanowili, że kanu zabiorą mnie z powrotem do Phom – dwie godziny wiosłowania. Tak to wróciłem do Phom, a ból powoli ustępował. Udałem się do Namiotu MSF, gdzie sprawdzili mi malarię i dali paracetamol i witaminy.

Czekałem teraz na łódź powrotną i myślałem, co będzie dalej. W czwartek łodzią MSF dostałem się do Old Fangak.

 

Co teraz?

Tak. Chyba tym pytaniem zawalam sobie całą głowę. Wróciłem do Old Fangak, wątroba jeszcze trochę pobolewa i jestem sam na misji z pytaniem, co teraz. Jak ktoś śledzi mojego bloga to wie, że misja jest bardzo wymagająca, szczególnie, jeśli chodzi o odwiedziny wiosek, czyli 24.000km ². Przemierzamy kilometry w upale w deszczu czasami maszerując całymi dniami po suchym, w błocie w wodzie po kolana przekraczając rzeki sięgające po szyję. Spędzamy miesiące w wioskach obchodząc poszczególne kaplice, żyjąc tak jak ludzie i jedząc to, co oni jedzą i pijąc tą samą wodę, czy to z rzeki czy ze studni czy po prostu brudną z rozlewisk. To, co nam jedynie pomaga to Chlorin, jedna tabletka, po której podobno można pić. Ponieważ to wszystko doświadczyłem, to wiem, że organizm musi być w dobrej kondycji, a układ trawienny musi znieść różnego rodzaju i jakości jedzenie i wodę. Ludzie oczekują misjonarza, który do nich przyjdzie, wyspowiada, da komunię, ochrzci ich dzieci, wybierzmuje dorosłych. Czasami czekają długo, rok albo dwa. Jak gdzieś mi się nie uda dotrzeć to następna okazja na odwiedziny to kilka miesięcy albo kolejny rok. Co jednak mogę pomyśleć, jak organizm odmawia posłuszeństwa i choć duch ochoczy, serce rwie to trzeba powracać i ze smutkiem poinformować, nie dam rady. To chyba najgorsze, co może być, co może spotkać każdego misjonarza – to niemoc. Mamy świadomość potrzeb, jednak nasze ciało, które jest słabe, choruje, mówi nam, dalej się nie ruszam.

Jednak nie tracimy nadziei, z cierpliwością czekamy, aby Pan Bóg Powołał tych mocnych do takich miejsc, a tych słabszych posłał do miejsc mniej wymagających. Oczywiście czy pozostanę w Old Fangak, czy nastąpi w moim życiu mała zmiana pozostawiam w rękach Pana Boga, który najlepiej wie jak to rozwiązać.

To tu, to tam

Tak jak to było ustalane wcześniej, święta Wielkanocne miałem spędzić w Phom (New Fangak). Jeszcze krótka podróż do Wanglel na 2 dni (30km) i oczekiwanie na łódź. Plecak przygotowany tylko łodzi jeszcze nie ma. Jak ktoś lubi mieć wszystko na czas, to niestety nie jest to miejsce dla niego. Odpłynie, może jutro, może pojutrze, a może popojutrze. Rano dowiedziałem się, że łódź ma wypłynąć. Po godzinie przyszła do mojego domu Nyador, córka Teresy, która jest bardzo aktywna w naszym kościele. Po chwili, powiedziała – płyniemy razem. Zdziwiło mnie to, że mając 10 lat, płynie sama do Phom, aby odwiedzić swoją chorą siostrę. Łódź się opóźnia, a tu trzeba coś zjeść. Zabrałem Nyador na market i kupiliśmy sobie walwal, sorgo z zsiadłym mlekiem. O około 15.00 udało nam się dostać na łódź. Siedzimy na jakiś workach, niewygodne, ale nie jest źle. Wypłynęliśmy o 16.00 – zapłynęliśmy o północy. Oczywiście w łodzi było kupę śmiechu, bo Nyador została moją adoptowaną córką – nyada, radosna i żywiołowa.

Katechista Abel już spał jak dopłynęliśmy – nie dziwne, ale szybko uporządkował chatę i przygotował mi miejsce do spania. Nyador zabrał do pobliskiej chaty. Kolejnego dnia przyszedł ktoś z jej rodziny, aby ją zabrać do domu siostry. (Dokładnie wczoraj przyniosła mi kurę – będzie uczta.)

Kolejny dzień to niedziela palmowa. Katechiści wszystko przygotowali. Poświęciliśmy palmy i w procesji ruszyliśmy do kaplicy. Jest to dobry moment, aby uświadomić ludzi, że ten tydzień jest wyjątkowy, a w szczególności Wielki Czwartek, Piątek i Sobota. Dla ludzi dniem modlitwy jest niedziela, co by się nie działo w środku tygodnia, niewielu przychodzi.

Mając kilka dni przed świętami udało mi się jeszcze dostać do Pakan. Była modlitwa i był czas, aby popływać w rzece. Tutejsi ludzie zawsze ze zdziwieniem patrzą na białego pływającego w rzece. Dla nich rzeka jest do kąpieli – wejdą i po pięciu minutach wyjdą. Tylko dzieci się bawią i pływają. Nie mogą uwierzyć w moje historie, jak im opowiadam, że w Polsce siedzimy nad wodą całymi dniami, gramy w wodzie, jeździmy rowerkami wodnymi i wypoczywamy. Dla tutejszej ludności nie do pomyślenia.

W Wielki Czwartek ludzie zaczęli się schodzić do Phom. Zaczęło się przygotowywanie jedzenia; mięso, yotyot, sorgo, mula itp. Mięliśmy umywanie nóg, eucharystię, adorację krzyża, liturgię światła o zmroku tak jak to ma zwyczaj i w naszym polskim kościele. W sobotę 30 chrztów. Oczywiście największe święto z największą ilością ludzi było w niedzielę.

W poniedziałek i wtorek miałem czas, aby odwiedzić inne kaplice. W środę czekałem już na helikopter do Dżuby. Przyleciał pierwszy, ale niestety to nie mój. Wyszły z niego jakieś chyba ważne osobistości w niebieskich kaskach, bo mieli pełno obstawy. Po godzinie zjawił się mój helikopter – po trzech godzinach znalazłem się w Dżubie.

Miałem czas na odpoczynek i modlitwę. Tydzień rekolekcji postawiły mnie na nogi w duchu i ciele. Dla nas jest to ważny czas, aby nabrać sił do dalszej pracy, powierzyć wszystko Panu Bogu i prosić o błogosławieństwo. Czas na zastanowienie się nad naszą pracą i nad tym, co zrobić, aby być jeszcze lepszym misjonarzem.

Był to wyjątkowy czas, ponieważ przed wylotem mieliśmy także spotkanie młodych Kombonianów i Kombonianek. Piękny czas na wymianę doświadczeń, problemów i radości. Wiemy, że nie jesteśmy sami i że nie tylko my przeżywamy trudności. Każdy chyba wspominał ubiegły rok; jak wielu z nich musiało się chować przed ostrzałem czy spadającymi bombami, jak niektórzy wciąż żyją w traumie, a na odgłos samolotu w głowie mają spadające bomby i myśli gdzie się schować. Jednak Bóg jest wielki, chroni nas od wszelkich niebezpieczeństw i każdy z nas był Mu wdzięczny za to, że wciąż tu jesteśmy, wciąż żyjemy. Bo mamy dla kogo.

 

Czas wziąć się do roboty

Jak by nie było, przyszedł czas, aby wracać na misje i nadrabiać straty.

Jednak ostatni miesiąc nie był miesiącem odpoczynku, ponieważ zastępowałem naszego brata w Dżubie i miałem na sobie administrację naszej prowincji. Jednak dzięki temu poznałem jeszcze bardziej stolicę i odkryłem nowe miejsca na nasze kolejne zakupy. Także, jako nowe państwo poznałem miejsce, które nie ma ładu ani składu. Aby załadować łódź musieliśmy wynająć ochronę z policji, aby wojsko się nie doczepiało. Za niewielką opłatą zamiast czekać na prawo jazdy ponad tydzień dostałem je w dwa dni nie wychodząc z domu. Na ulicach nie ma żadnych reguł, a policja jak zatrzyma to poprosi pieniądze na jedzenie. Można zobaczyć wiele innych sytuacji, które pokazują, że wciąż żyjemy w państwie bez żadnego prawa, a za pieniądze można zrobić wszystko.

Dotarłem nareszcie do Old Fangak i nie mam czasu, aby usiąść w jednym miejscu. Nasi katechiści już kopią miejsce na nowe latryny, a ja zacząłem przygotowywać całą strukturę, czyli obudowa zbiornika, podest, i sama latryna. Wczoraj od spawania podpiekłem sobie twarz i nogi. Dzisiaj przerwa i przygotowania do podróży do New Fangak na Święta Wielkanocne. Mam nadzieję, że jutro, albo pojutrze znajdę łódź, która płynie w tamtą stronę. Jak wszystko pójdzie dobrze to po Świętach powinienem dostać się z New Fangak do Dżuby helikopterem. Następnie tydzień rekolekcji, powrót do Old Fangak i do pracy; latryny, ogrodzenie, rynny i praca pastoralna. Obym zdążył przed deszczem.

Ponieważ nie będę miał okazji, aby coś napisać po świętach, to już dzisiaj życzę Wam wszystkim Błogosławionych Świąt Wielkanocnych. Jako najważniejsze święta, niech to będą święta spędzone w radości i w rodzinnym gronie. Niech te święta umocnią Was jeszcze bardziej w wierze. Delektujcie się Królestwem Bożym już tutaj na ziemi ze Zmartwychwstałym Jezusem.