Po wylądowaniu na płycie lotniska w Dżubie pozostaje przedarcie się przez odprawę. Przeszedłem z samolotu do niewielkiego holu. W środku chaos i zamieszanie, nie wiadomo gdzie iść i od czego zacząć. Napis „immigration” mówi mi, że chyba tutaj jest „start”. Kolejka powoli rusza do przodu, ludzie przepychają się z okienka do okienka, o coś pytają, znowu odchodzą… Przychodzi moja kolej. Mam cichą nadzieję, że mając wizę, o którą się postarałem w Nairobi, na miesiąc za 100$, nie będę miał problemów. Standardowe pytania, kim jesteś i do kogo przyjechałeś – po czym – a gdzie Immigration po wjeździe w 2013. roku. Pokazuje mi w paszporcie, że po wjeździe do Południowego Sudanu powinienem udać się na posterunek policji w ciągu 75 godzin, aby do paszportu wkleili kwadratową naklejkę – po czym pokazuje mi ją jak wygląda w innym paszporcie. Oczywiście moja odpowiedź – nic o tym nie wiedziałem. W zamian zażyczył 50$, wbił pieczątkę i przepuścił. Dałem mu setkę, po chwili zza niego wyłania się inny z resztą w ręku – daje mi 40 i mówi abym po 10 przyszedł jutro.
Gdzie teraz? Obok okienek jest długi stół, na stole siedzi kilka osób, ten siedzący na krześle każe mi pokazać paszport. Widząc pieczątkę przepuszcza mnie za stołem pod taśmę gdzie przybywają bagaże. Pomieszczenie małe, tłum wielki. Ktoś krzyczy do mnie, gdzie bileciki po bagaż. Podaję mu dwa i zaraz ciągnie mnie na środek gdzie stoi sterta walizek. Od razu widzę moje. Następnie ciągnie mnie kilka metrów dalej do następnego stołu gdzie wszyscy otwierają walizki i pokazują, co mają w środku. Po przewertowaniu moich rzeczy pani napisała na nich czerwoną kredą „OK”. Następnie ten sam człowiek zabiera się za walizki i pyta gdzie zanieść. Oczywiście za całą usługę musiałem mu jeszcze zapłacić.
No tak małego holu lotniskowego w stolicy to jeszcze nie widziałem. Chyba lepiej nazwać go pokój przylotów i odlotów.