Pozostały ostatnie pożegnania z naszą grupą kenijską; Monią, Agnieszką, Eweliną, Kasią, Krysią i br. Tomkiem i oczekiwanie na mój lot do Dżuby – stolicy Południowego Sudanu. Z minionego miesiąca pozostało wiele wspomnień. Nie spodziewałem się, że po pięciu latach uda mi się jeszcze odwiedzić miejsca, w których odkrywałem moje powołanie i szykowałem się do pracy misyjnej. Dzieci, z którymi miałem spotkania w Amakuriat i Korogocho wyrosły nie do poznania. Niektóre z nich poszły do szkoły średniej, a inne założyły rodzinę i mogłem poznać ich pierwsze potomstwo. Czasami ktoś do mnie podszedł, przedstawił się i dopiero po chwili mogłem skojarzyć, gdzie tę osobę widziałem. Tak jak dla większości młodzieży, tak samo i dla nich największym problemem, którym się ze mną dzielili, jest zdobycie funduszy na dalszą edukację. Kilku osobą można pomóc, co jednak jak są ich dziesiątki. Jak ktoś z rodziny nie ma pracy, albo, gdy dana osoba pochodzi z buszu, to raczej ich edukacja kończy się na poziomie podstawówki. Jednak rozmowa, modlitwa i słowo, które ich podbuduje przynosiły na ich ustach uśmiech. Podchodzą do życia z nadzieją i wiarą, że Bóg się o nich zatroszczy.
Dzień przed wylotem pozostałem sam rozmyślając nad kolejnymi etapami mojej podróży. Śledzę wiadomości i szukam po internecie, cokolwiek na temat sytuacji w Południowym Sudanie. Uspokaja mnie fakt, że nic nie mogę znaleźć, to znaczy, że w stolicy panuje cisza i spokój.Z lokalnych źródeł jednak wiadomo, że sytuacja w państwie jest niestabilna. Pozamykałem walizki i zapakowałem je do samochodu. Jeden z pracowników Kariobangi, Kasei, zabierze mnie na lotnisko. Ponieważ do wylotu mam ponad cztery godziny, spokojnie przebijamy się poprzez kolejne slumsy w kierunku lotniska.